18 maja 2017

"Żołnierzu - spocznij! Artysto - trwaj!" Biografia Aleksandra Żabczyńskiego




Aleksander Żabczyński – wybitny polski aktor, kapitan II Korpusu Armii gen. Andersa, walczył pod Monte Cassino. W 73. rocznicę bitwy publikuję ponownie swoją recenzję biografii napisanej przez Ryszarda Wolańskiego






Aleksander Żabczyński… Wszechstronnie utalentowany artysta, piękny duszą i wnętrzem człowiek, wielki patriota. Po lekturze biografii aktor ten zawładnął moim sercem. Żadnego aktora polskiego tak nie pokochałam jak jego. Współczesne gwiazdy, czy to zagraniczne, czy polskie, bledną przy nim, przynajmniej w moich oczach.

Autor biografii wykonał iście tytaniczną pracę dokumentacyjną, kronikarską, pisarską i rekonstrukcyjną. Najtrudniejszym zadaniem było, jak sam autor wyznał, zbadanie i odtworzenie losów wojennych i powojennych Aleksandra Żabczyńskiego. Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową na tle podobnych, licznie dziś ukazujących się. Bo nie jest ona jedynie biografiąŻaby”, lecz także swoistą monografią na temat naszego dorobku kinowego i teatralnego, zwłaszcza przedwojennego „Pollywoodu”. Mieliśmy bowiem własny Hollywood, próbowaliśmy go budować z niemałymi sukcesami, czego przejawy opisuje Ryszard Wolański. Trudno nie zadawać sobie pytania, jak wyglądałoby polskie kino, gdyby nie wybuchła druga wojna światowa i gdyby nie jarzmo komunizmu, które narzucono nam po jej zakończeniu.

11 maja 2017

Najgorętsze majowe premiery książkowe!

Opowieść o życiu Naczelnika - jego walkach, zwycięstwach i porażkach, miłościach, przyjaźniach i sławie. Poznajemy też krainę dzieciństwa, studia w Rycerskiej Szkole Kadetów, epopeję walk o niepodległość Ameryki, losy Insurekcji, obronę Warszawy, tragedię Maciejowic, moskiewskie więzienie, lata przeżyte we Francji, aż po finał żywota w Szwajcarii.








Bohaterką książki jest siostra słynnego szwoleżera Jana Kozietulskiego – Klementyna z Kozietulskich 1 v. Walicka 2 v. Wichlińska (1780–1862). Była damą słynącą z wielkiej urody potrafiącą wzbudzać gorące uczucia. Prowadziła salon intelektualny w Warszawie, zarządzała majątkiem ziemskim, dbała o ukochany pałac w Małej Wsi, niedaleko Grójca. Uczestniczka i obserwatorka wielu ważnych wydarzeń historycznych i towarzyskich, autorka i adresatka obszernej korespondencji, na podstawie której można odtworzyć szczegóły życia charakterystyczne dla jej epoki. Magdalena Jastrzębska snuje opowieść o miłości, honorze, poczuciu obowiązku, tradycjach, przywiązaniu do ziemi i rodzinnego domu. Koleje życia Klementyny z Kozietulskich przypadające na barwną, niespokojną epokę, wypełnioną galerią malowniczych postaci – władców, książąt, generałów, heroin wielkich romansów – mogą zainteresować współczesnego czytelnika poszukującego autentycznych historii z minionych wieków.

7 maja 2017

„Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu Pańskiego nie siądzie". 150 lat temu urodził się Władysław Reymont! Wybitny polski pisarz i noblista

Z okazji rocznicy zebrałam anegdoty:
 Otóż z ramienia PCK udałem się kiedyś do sławnego pisarza, żeby odebrać aforyzm, który miał dla naszej instytucji napisać. (…) Po chwili na wewnętrznych schodach prowadzących do gabinetu z pięterka ukazał się laureat Nobla. Wyglądał jak na portrecie, z tą różnicą, że ręką trzymał się za twarz. Nie zdążyłem się odezwać, kiedy Reymont powiedział po prostu: Wie pan, tak mnie cholera, zęby bolą, że nie byłem w stanie nic dla was napisać. Może jutro. Bardzo serdecznie przepraszam. Wtedy się przekonałem, że wielkość chodzi często w parze z prostotą i skromnością
— zapisał Stefan Wiechecki „Wiech” w swoich wspomnieniach zatytułowanych Piąte przez dziesiąte. Pomieszał fakty: Reymont otrzymał Nobla w 1924 r. podczas gdy Wiechecki referentem prasowym Polskiego Czerwonego Krzyża przestał być już rok wcześniej.



Miał zadane: samodzielnie skroić i uszyć ubranie frakowe. Egzamin zdał. Gdym koło roku 1930 odwiedzał osiemdziesięcioletniego już bez mała p. Konstantego Jakimowicza i zapytałem go, jak ów frak był uszyty, sędziwy eks-szef Reymonta uśmiechnął się pod wąsem i odpowiedział: Jak na literata, to robota krawiecka była dobra
— napisał Adam Grzymała-Siedlecki w książce Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim.

 
Ileż on zażył biedy, jakże mu było przez lata całe piekielnie ciężko (…) Bezwstydnie żebrze zamężną siostrę o całe portki na tyłek, o niewystrzępioną koszulinę. (…) Z wędrowną trupą aktorską włóczył się po miasteczkach, ale i aktorem był miernym, a że się nie rozłajdaczył, nie zapił na śmierć, to cud istny. Inni sobie w łeb palili.
 — napisał  prozaik i reportażysta Wojciech Żukrowski.


 Przyjechał Reymont. Młody, okropnie nieokrzesany, utalentowany, głodny, goleńki… Zaproponowałem mu pożyczkę… Wyobraź sobie, jak mu się palce zakrzywiły… Nie mogę zapomnieć, że i ja byłem niegdyś może trochę utalentowany, a na pewno goleńki i nikt mi takiej propozycji nie zrobił….

 — donosił  w 1898 roku z Paryża Sienkiewicz.

Przechodziłem kiedyś z Reymontem przez ulicę Królewską w Warszawie, koło placu Saskiego. Naraz Reymont odzywa się do mnie: Zamknij na chwilę oczy i powiedz mi, co na placu widziałeś przed chwilą. Poddałem się temu egzaminowi, ponieważ jednak niewiele miałem do zeznania i czułem się tym niejako zakłopotany, więc postanowiłem szukać odwetu. Zatrzymałem Reymonta umyślnie na miejscu przez kilka minut, wciągnąłem go w temat żywszej jakiejś rozmowy po czym naraz rzuciłem mu: No, a teraz ty zamknij oczy i powiedz, coś na placu widział przed chwilą. Przywarł powieki, odwrócił się tyłem do placu i zaczął: — Od strony ulicy Wierzbowej wjeżdżały przed chwilą dwie dorożki, jedna, z siwym koniem, skręciła w ulicę Czystą; druga dwukonka, z gniadym i kasztanem, jedzie ku Mazowieckiej; w pierwszej siedzi jakaś starsza dama, w dwukonce dwaj oficerowie, ten po lewej stronie, huzar, pałasz trzyma na założonych noga na nodze kolanach, drugi, zdaje się, sztabowiec, sądząc po lampasie na czapie; na środku placu grupa trzech jegomościów żywo rozmawia, najstarszy z nich z siwą bródką...
 — tak poeta Artur Oppman „Or-Ot” opowiadał o fantastycznym darze pamięci wzrokowej, jaki posiadał Reymont.



Jak pisze Grzymała-Siedlecki:
Nie znało się bardziej towarzyskiego odeń człowieka. Gościnność jego przechodziła w legendę. Słynęły jego obiadki i kolacyjki, na których pani Reymontowa dawała dowody talentu kulinarnego, równego uzdolnieniom pisarskim jej męża. Żył nieustanną potrzebą obcowania z ludźmi. Jeśli tylko nie był zajęty pisaniem lub gdy tylko skończył dzienne swoje pensum, któremu poświęcał czas od wczesnych godzin rannych do trzynastej, najwyżej czternastej - natychmiast wypływał na świat, czy to na umówione już z kimś spotkanie, czy do kawiarni, gdzie niechybnie złowi miłe towarzystwo.
******************************************************

 Barbara Wachowicz:

Wędrował po okolicznych wsiach. Jedna nazywała się Lipce. Lipecki lud, zadziorny i hardy, popatrywał nieufnie na tego krótkowzrocznego pracownika kolei, co lubił stawać pod oświetlonym oknem chat, skąd niosła się muzyka. Ceratowy notes puchł zapiskami, jego właściciel biedował i marzył. „7 maja 1892. (…) czy kiedykolwiek będę drukowanym? Nie zdaje mi się”.

Spełniło się jego marzenie. Był drukowanym. Już nie był goleńki, miał co jeść, ale nie miał zębów...


Przyszły prezydent Polski – Stanisław Wojciechowski – wspomina, że kiedy Reymont przyjechał do Londynu, trafił do rodaków w czas wielkiej biedy. Żywili się chlebem i cebulą i tym gościa podjęli. „Przypomniał mi tę wizytę Reymont, kiedy po otrzymaniu Nagrody Nobla przyszedł do Belwederu. – Kiedy były zęby – żalił się – brak było chleba, teraz mam co jeść, ale zębów nie ma!”.

Krakowianie zaś powinni pamiętać, że  15 lipca 1902 roku to właśnie w królewskim mieście, w kościele Karmelitów na Piasku, odbył się ślub Reymonta z Aurelią Szacnajder-Szabłowską elegancką, wytworną blondynką. Nawiasem mówiąc: po udzieleniu przez papieża Leona XIII dyspensy i unieważnieniu małżeństwa wybranki.
Z małżeństwa z Aurelią pisarz nie pozostawił potomstwa.


O pisarzu pisze pięknie w swoich książkach i artykułach Barbara Wachowicz. Na portalu "Hej, kto Polak", można przeczytać cały esej. TUTAJ

O Chłopach pisałam TUTAJ

O dożynkach Reymontowskich pisałam TUTAJ



4 maja 2017

"Ścieżki życia" Feliksa Trusiewicza - harcerza, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej i pisarza




Ścieżki mojego życia to napisana przepiękną polszczyzną kresową autobiografia - urodzonego u zarania niepodległości Drugiej Rzeczpospolitej - wybitnego Polaka, przez całe życie wiernego trzem wartościom: Bóg, honor i Ojczyzna, harcerza, kolejnego zasługującego na odznaczenie Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej, mechanika samolotowego, mającego na swoim koncie wiele osiągnięć inżyniera, debiutującego w późnym wieku obiecującego pisarza, a także męża, ojca i dziadka.

Ścieżki mojego życia to cenny dokument historyczny, to bowiem charakterystyka kawału polskiej historii rozgrywającej się przez cały XX wiek, ale także zapis obserwacji rzeczywistości dzisiejszej, postnowoczesnej. Jej siłą są rzeczowość, pokora, powściągliwość ocen, szczerość opowiadania. W tej autobiograficznej książce znajdziemy także swego rodzaju pamiętnik z okresu dojrzewania i lat edukacji kolejno w Łucku, Klewaniu, Kołkach i znów w Klewaniu (nie brakuje interesujących anegdot dotyczących szkolnych przygód, kolegów Żydów i Ukraińców oraz nauczycieli), a także subtelną, zapisaną między wierszami historię rodzącego się uczucia do przyszłej żony Wiesławy. Ponadto z ogromnym pietyzmem Feliks Trusiewicz odtworzył topografię swojego domu i gospodarstwa, obyczaje i codzienne życie ludzi zamieszkujących Wołyń przed drugą wojną światową, szczególnie jego rodzinną wieś Obórki i okolice. Z czułością i miłością sportretował swojego przedwcześnie zmarłego ojca, macochę, rodzeństwo i ukochaną babcię Wiktorię Kopij, której zadedykował tę książkę.

Są w autobiografii zachwyty nad pięknem tamtejszej przyrody o każdej porze roku, często groźnej i niedostępnej, jest pamięć o niezwykłych mieszkańcach tej krainy podmokłych łąk, mszarów, lasów, błot i rozlewisk… Jak wspomina autor,

[…] chodziłem z kolegami na długie wycieczki na wschód od Klewania. Tam w okolicy Smorżew były przepastne jary i tajemne, ukryte w zieleni pieczary po wydobyciu kredy. Taka jest rzeźba wyżyny rówieńskiej, pofałdowana i pełna jarów.


Autor zapamiętał również przejażdżki saniami w zimowej scenerii do Łopatnia, wycieczki szkolne, między innymi do Janowej Doliny, na cmentarze legionistów w Koszyszczach i Kostiuchnówce, do Czartoryska nad Styrem, gdzie zwiedził „piękny gotycki kościół i jego rozległe tajemne podziemia”.
Mapka w Leksykonie zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich

Obok reminiscencji znajdziemy w książce wspaniałe, pełne cennych detali przyczynki etnograficzne (np. fascynujące opisy bogatej kultury ludowej Wołynia, jego folkloru, architektury miast i miasteczek, powszednich i świątecznych obyczajów) oraz historyczne. Autor przypomina na przykład, że

Kołki doskonale znał Józef Ignacy Kraszewski, który przez siedem  był zarządcą majątku we wsi Omelno, oddalonej o siedem kilometrów od Kołek. W tym czasie pisarz napisał Wspomnienia Wołynia, Polesia  i Litwy. Według Kraszewskiego to miasteczko nazywało się kiedyś Romanów, ale po pożarze, który je strawił w połowie osiemnastego wieku, nadano mu nazwę Kołki.
Miasteczko to było typowe dla północnego Wołynia. Położone nad rzeką Styr, długim szeregiem parterowych drewnianych budynków ciągnęło się wzdłuż prawego brzegu tej rzeki. Ubogie i cywilizacyjnie zacofane, jak cały otaczający region, nie posiadało kanalizacji, studni głębinowych, porządnych chodników ani utwardzonych ulic […]. Dopiero na przełomie lat 20. i 30. wybrukowano część głównej ulicy biegnącej od mostu. Większe budowle w miasteczku to: kościół, cerkiew, synagoga, młyn, no i most, wszystko drewniane.

Na następnych stronach możemy przeczytać charakterystykę wielonarodowościowego społeczeństwa kołkowskiego. Jak pisze autor, „taka różnorodność występowała też w szkole, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli”. Nauczycielką polskiego w klasach szóstej i siódmej była Dora Herszkowiczówna - Żydówka. Warto przytoczyć historyjkę związaną z jedną z prowadzonych przez nią lekcji, którą Feliks Trusiewicz zapamiętał szczególnie:


Pewnego razu ćwiczyliśmy inscenizację wiersza Adama Mickiewicza Pani Twardowska. Ja grałem rolę Twardowskiego. W miejscu, gdzie należało mówić: „z bród żydowskich ma być strzecha…”, pani Dora przerwała mi, mówiąc: „Trusiu, powiedz z bród hiszpańskich…”. Byłem zadowolony z tej zmiany, bo wobec moich żydowskich koleżanek i kolegów brzmiało to niezręcznie. Żydzi dobrze postrzegali Mickiewicza, chociażby za Jankiela, ale dzieci i młodzież mogła czuć się urażona zwrotem „z bród żydowskich ma być strzecha…”. Jak wiadomo, w czasach mickiewiczowskich wszyscy Żydzi mieli długie brody, zaś Polacy, Litwini i Rusini - rzadziej.

Autor wspomina z dumą swoją przynależność do harcerstwa, Krucjaty Eucharystycznej, organizacji „Strzelec” w Obórkach, lektury wielu książek, mrożącą krew w żyłach przygodę… z wilkami (tak! tak!) oraz ciężką pracę polową w gospodarstwie, by utrzymać rodzinę po śmierci ojca. Wszystko to ukształtowało silny charakter i zaszczepiło wartości, dzięki którym pokolenie Feliksa Trusiewicza, co on sam podkreśla, zdało egzamin w czasie drugiej wojny światowej.

3 maja 2017

O zapomnianej dziewiętnastowiecznej powieści Jane Porter pt. "Thaddeus of Warsaw"



Pisarz jest bardziej wrażliwy niż inni, ma więcej uczuć szlachetnej moralności i w godzinie natchnienia potrafi przelać na papier, to co tkwi w jego duszy.

(Tadeusz Kościuszko w liście napisanym po francusku do Jane Porter, tłum. Zofia Gołębiowska)


Apeluję do polskich wydawców, aby wreszcie przetłumaczyli i opublikowali w pięknej edycji zapomnianą powieść dziewiętnastowieczną, opiewającą naszego wielkiego Polaka! Zamiast wydawać ciągle różne kiepskie zagraniczne powieścidła najnowsze… Może znajdzie się jakiś ambitny wydawca? To wstyd, że nadal nie mamy przekładu tego dzieła, które swego czasu w Stanach Zjednoczonych cieszyło się ogromną popularnością, nie wspominając o Anglii i innych krajach.

Sama bym o tej powieści nic nie wiedziała, gdyby nie esej Barbary Wachowicz „Amerykańska siostra” Warszawy. W stolicy hrabstwa Kosciusko. Mam na myśli czterotomową i pięćsetstronicową powieść napisaną jeszcze za żywota Naczelnika przez młodziutką, 24-letnią Angielkę, Jane Porter, pod tytułem Thaddeus of Warsaw. Jak wskazuje Barbara Wachowicz, powieść tej panny doczekała się oszałamiającego powodzenia nad Tamizą - od roku 1803 do 1890 miała aż pięć wydań! Nasza Biblioteka Narodowa posiada edycję londyńską z 1831 roku opatrzoną wstępem autorki (niestety nie znalazłam tej edycji na Polona.pl). Barbara Wachowicz dodaje, że wydanie z 1819 roku (dziesiąte!) dedykowane jest humbly and affection to the memory General Thaddeus  Kosciuszko.

Wikimedia Commons: Portrait of Jane Porter (1776-1850) from The Ladies' Monthly Museum

Książeczka Jane Porter wzbudziła aprobatę samego Kościuszki, który w ramach dziękczynienia nadesłał autorce… lok swych włosów (B. Wachowicz, „Amerykańska siostra” Warszawy. W stolicy hrabstwa Kosciusko, „Nasz Dziennik”, 25 kwietnia 2017).

Jak ustaliła zaś Zofia Gołębiowska, Kościuszko otrzymał tę powieść od samej autorki, która przysłała mu ją do Szwajcarii.

Kim była Jane Porter? Na temat tej powieściopisarki znalazłam bardzo interesujący i bogaty w szczegóły artykuł naukowy Zofii Gołębiowskiej. Cytuję (bez przypisów, których jest sporo) duże fragmenty tego pięknego i cennego eseju, a na końcu podaję dokładne dane bibliograficzne, gdyby ktoś chciał bliżej zapoznać się z postacią tej Angielki. 

Ależ ona kochała Polskę i Polaków!


25 kwietnia 2017

Nadniemeńska epopeja

Kocham tę epopeję! Ze zdumieniem zauważam za każdym razem, gdy czytam to arcydzieło (zwłaszcza gdy grypa przykuwa do łóżka), nieprzemijalność jej głównej problematyki (szczególny wgląd  w dramat ojczystych dziejów, pamięć o wielkich momentach dziejowych, kult pamiątek przeszłości, opis próby zachowania polskiej tożsamości, poszukiwanie miłości). Owszem sztafaż historyczny, społeczny i obyczajowy znacząco odbiega od tego, co dziś obserwujemy w naszej codzienności na przełomie XX I XX wieku, ale w warstwie wartości, które przemyca, powieść-rzeka Elizy Orzeszkowej pozostaje opoką, kamieniem węgielnym naszej polskości. Dopóki będziemy czytać tę epopeję, duch w narodzie nie zginie!

Pisarka z rozmachem, ale i zarazem ogromnym wyczuciem, ukazała panoramę życia polskiego na kresach dawnej Rzeczypospolitej, nad litewskim Niemnem. Z wielkim znawstwem opisała życie różnych warstw społeczności polskiej doby popowstaniowej: od arystokracji po chłopstwo. Orzeszkowa była znakomitą obserwatorką zarówno świata ludzi, jak i świata natury. Zanim przystąpiła do pisania, starała się poznać specyfikę krajobrazu nadniemeńskiego, ludowe zwyczaje i pieśni oraz codzienność ludzi żyjących nad Niemnem. O poważnym podejściu do tego problemu świadczy cytat z listu (1886 r.):

 Dla tej powieści odbyłam...formalne studia botaniki miejscowej, tudzież pieśni, bajek, zagadek, podań tutejszego polskiego ludu.

Dzięki temu pisarka mistrzowsko i realistycznie ukazała piękno polskiego pejzażu. Opisy przyrody czyta się więc z zainteresowaniem i bez znudzenia.


Zakładka wykonana przez pisarkę (zbiory Biblioteki Narodowej: Polona.pl)




23 kwietnia 2017

Kresowe peregrynacje z albumem wydawnictwa Arkady



Magda i Mirek Osip-Pokrywkowie zajęli się głównie tak zwaną polską Ukrainą. Jak napisał Seweryn Goszczyński w powieści poetyckiej pt. W zamku kaniowskim,

tą częścią ziemi, którą od wschodu Dniepr oblewa, Boh od zachodu, od północy Wołyń, a od południa chersońskie stepy otaczają.


Z Leksykonu zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich wyłania się skomplikowany wskutek zawieruch dziejowych i niezwykle barwny zarazem obraz przeszłości polskiej na ziemiach należących dziś w dużej mierze do Ukrainy.


Książka może być wspaniałą pomocą przy lekturze literatury pięknej i wspomnieniowej. Czytając ostatnio wspomnienia pisarza rodem z Wołynia, Feliksa Trusiewicza, pt. Ścieżki mojego życia, mogłam zajrzeć do leksykonu, aby sprawdzić, czy coś ocalało i jaki jest obecny stan miejscowości czy miast, które należały do krainy dzieciństwa i młodości autora. Leksykon pozwala ponadto przełożyć literacką wizję opisanych w klasycznych utworach poetyckich czy prozatorskich terenów kresowych na język geograficzny, a więc umiejscowić w konkretnych (przeszłych i obecnych) realiach historyczno-społecznych. Sprzyjają temu nie tylko liczne fotografie wykonane przez Magdę i Mirosława Osip-Pokrywków i znajdujące się obok nich szczegółowe opisy danego zabytku, lecz także zamieszczone na końcu mapy. Taki był zresztą ich zamiar, o czym wzmiankują we wstępie. Autorzy słusznie zauważają, że

W świadomości większości Polaków wiele ukazanych w tym tomie obiektów istnieje jako literacka wizja przedstawiona na kartach Trylogii Henryka Sienkiewicza lub w cyklu Cuda Polski Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. Wiele osób czerpie wyobrażenie o Kresach z zachowanych w domowych archiwach zdjęć i pocztówek lub wspomnień przodków, którzy kiedyś mieszkali na tych terenach. Cennych informacji dostarcza 11-tomowe dzieło Romana Aftanazego […]. Jednak bogaty opis obiektów i ich historia najczęściej urywa się wraz  wybuchem II wojny światowej, a monografia z założenia dotyczy pałaców i dworów i pomija chociażby świątynie.

14 kwietnia 2017

Wielkanoc na Wołyniu



Edward Pomarański



Wielkanoc na Wołyniu


Moi Drodzy Przyjaciele.
Świąt Wielkanocnych mieliśmy tak wiele,
Choć tu i ówdzie się bywało,
Świąt Wielkanocnych z Wołynia się nie zapomniało.
Święta wołyńskie tak uroczyste były,
One z pamięci naszej się nie ulotniły.
Często do nich myślami powracamy
I na nowo je przeżywamy.
Na Wołyniu, w naszym kościółku pod świerkami,
Dziś nasze święta oglądamy tylko myślami.
Gdzie dziewczyny z organistą grób Jezusa przystrajały,
A babcie po kącikach cicho różaniec odmawiały.

Ze Związku Strzeleckiego strzelcy warty przy grobie zaciągali,
Stali tak nieruchomo jakby byli skamieniali.
Gdzie dziadzio Horoszkiewicz w pieśniach przewodził,
Przy tym śpiewaniu jakby parę lat się odmłodził.
Parafianie przy grobie Jezusa przez całą noc czuwali,
Modlili się i pieśni wielkopostne śpiewali.
Gdy słońce wstawało i promienie na ziemię rzucało,
Wokół głos różnych dzwonów się słyszało.
Dzwony Zmartwychwstanie Pana zwiastowały,
Modlitwy wiernych to Zmartwychwstanie potwierdzały.
Wokół kościołka wiekowe świerki szumiały,
Tym szumem Zmartwychwstałemu pokłon oddawały.
Chrystus Zmartwychwstały z grobu na świat wychodził,
Oddział strzelców przed kościołem szpaler zrobił.
Wierni postępując za Jezusem „Wesoły dzień nastał…” śpiewali,
Strzelcy z broni honorowe salwy oddawali.
Procesja trzykrotnie alejkami pod świerkami okrążała,
Następnie z modlitwą i śpiewem do kościoła wkraczała.
W kościele pokornie wszyscy mszy słuchali,
Na zakończenie „Boże coś Polskę…” odśpiewali.
Wychodząc z kościoła wierni życzenia sobie składali,
Gdzieniegdzie chłopcy z dziewczynami się całowali.
Chłopcy na Rezurekcję przychodzili cała gromadą,
Bo przydarzyło im się uściskać dziewczynę ładną.
Po Rezurekcji uścisnąć wolno było,
W tym czasie oko rodziców się nie gorszyło.
Po zakończeniu uroczystości żwawo do domów wracali,
Za przystrojonym i zastawnym stołem z całą rodziną zasiadali.
Na stole w koszu święcone stało,
Ono na biesiadę wielkanocną zapraszało.
Święconym jajkiem się dzielili,
Przy tym bez liku serdecznych życzeń sobie złożyli.
Po spożyciu posiłku niejedna rodzina w pole wychodziła,
Przyglądała się ziemi, która dla nich będzie rodziła,
O dobre plony Zmartwychwstałego prosiła,
Spacerkiem za biesiadny stół powróciła.
Dziewczyny przed domami w gromadki się zbierały,
Dowcipami i śpiewem się popisywały.
Obok dziewcząt chłopcy swymi pisankami nawzajem stukali,
Rozbitą pisankę koledze zabierali.
Kto rozbitej pisanki nie oddawał,
Musiał opowiedzieć wybranej dziewczynie sprośny kawał.
Dziewczyny gromadą na takiego się rzucały,
Gdzie się im dało, tam go szarpały.
Taki biedak wyrywał, zostawiając swe pisanki,
Nie chciał przechodzić zadawanej od dziewcząt męki.
Za to chłopcy w poniedziałek lany dziewczynom odpłacali,
Idącą dziewczynę łapali i w zimnej wodzie ją kąpali.
Dziewczyny niby to się złościły i oburzały,
Ale zadowolone były, że zimnej kąpieli zaznały.
Wybranemu na wykąpanie pozwalały,
Bo w nim swego ukochanego widziały.
Wieczorem w Domu Strzelca gromadnie się zbierano,
Przez całą noc przy dźwiękach kapeli tańcowano.
Takie Święta Wielkanocne z Wołynia zapamiętałem
I Wam Drodzy Przyjaciele o nich przypomniałem.
Niech święta wołyńskie w naszych sercach pozostają,
Naszą młodość na Wołyniu przypominają,
Może dziś za tamtymi świętami zatęsknimy.
Bądźmy zdrowi, a we śnie na nowo je zobaczymy.
O sobie i Wołyniu nie zapominajmy,
Kochajmy się - tak jak na Wołyniu się kochajmy.
W święta wspólnie Wesołe Alleluja zaśpiewajmy,
Braterskie dłonie sobie podajmy.




Wrocław, Wielkanoc 2000 roku

[Podaję za: Feliks Trusiewicz, Pokolenie, cz. III, Wrocław 2013, s. 187-188]


Do kościółka pod świerkami chodziłem na rezurekcję. Do dziś brzmi mi w uszach śpiew dziadzia Horoszkiewicza. Do dziś mam w oczach procesję i honorowe warty, i salwy strzelców...

Ze wspomnień Feliksa Trusiewicza, Wrocław, Wielkanoc 2017 roku

25 marca 2017

Wystawa "Nazwę Cię Kościuszko" Barbary Wachowicz w Krakowie

W Krakowie rozpoczęła się uroczysta inauguracja obchodów Roku Kościuszki. Z tej okazji w Dworku Białoprądnickim, w Zajeździe Kościuszkowskim, przy ulicy Białoprądnickiej 3 w Krakowie można obejrzeć unikatową wystawę Barbary Wachowicz! Ekspozycję można oglądać do 17 kwietnia.

Dlaczego tam? Bo w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej na obszarze Prądnika gromadziły się oddziały powstańcze. Tradycja ustna głosi, że wraz ze swym sztabem zatrzymał się tam sam Tadeusz Kościuszko, a jego ulubionym miejscem odpoczynku był cień jawora, rosnącego w dworskim parku, który później nazywano drzewem Kościuszki. Współcześnie o obecności Naczelnika w dworskiej austerii przypomina nazwa obiektu należącego do kompleksu Dworku Białoprądnickiego – Zajazd Kościuszkowski.


BARBARA WACHOWICZ jest jedyną osobą, której udało się przemierzyć szlak ośmiu lat walki Kościuszki o niepodległość Stanów Zjednoczonych – przez 15 stanów i 15 tysięcy mil.

Filadelfia, Saratoga, Ticonderoga, West Point – najważniejszy posterunek Ameryki, rzeki Yadkin, i Dan w Północnej Karolinie, twierdza Ninety Six, tajemnicze plantacje pod Charlestonem, urocze miasteczko Kosciusko w stanie Mississippi i miasto Warszawa w Kościuszko County – wszystkie miejsca związane z działaniami bojowymi i inżynieryjnymi Kościuszki, a także miejsca wiernej pamięci wdzięcznych Amerykanów zobaczymy na wystawie. 

Jest także cała galeria fantazyjnych i autentycznych portretów Kościuszki, a także prezentowane po raz pierwszy autografy jego listów i notatek z amerykańskiego eposu, włącznie z legendarnym listem Washigtona, potwierdzającym naczelne dowództwo Kościuszki  przy pracach fortyfikacyjnych West Point. Wystawa pokazuje także protoplastów Naczelnika, miejsca jego narodzin i młodości na Polesiu (zrekonstruowany dwór w Mereczowszczyźnie), a także pejzaże miejsc, które wpisały się w epopeję Insurekcji – Racławice i Maciejowice.


Kościuszkowskie prace Barbary Wachowicz zostały uhonorowane Dyplomem Polskiej Fundacji Kościuszkowskiej i Medalem Ignacego Jana Paderewskiego przyznanym przez Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w USA.

O książce Barbary Wachowicz pisałam TUTAJ.

17 marca 2017

Ukazały się wspomnienia Feliksa Trusiewicza - wybitnego pisarza rodem z Wołynia

Dotarła dziś do mnie niezwykła przesyłka z Wrocławia! Od znakomitego pisarza rodem z Wołynia - Pana Feliksa Trusiewicza. Odkrycie jego powieści było w moim czytelniczym życiu jednym z największych i ubogacających przeżyć lekturowych. W tym roku ukazała się autobiograficzna książka, w której "urodzony u zarania niepodległości Drugiej Rzeczypospolitej" pisarz opowiedział o ścieżkach swojego długiego i niewątpliwie barwnego życia. W liście autor wspomniał, że to jego ostatnia książka... Mam nadzieję, że jednak nie... Że opowie nam jeszcze o krainie swojego dzieciństwa i młodości, o swojej/naszej polskiej - kresowej Atlantydzie... 

We Słowie wstępnym bardzo ciepło i obszernie Pan Feliks Trusiewicz napisał o mojej skromnej osobie i blogu... Nie wiem, czy zasłużenie... Ślicznie dziękuję za wszystko! Za książki z pięknymi dedykacjami, za słoiki z pysznym miodem, za uważne czytanie moich czytelniczych refleksji, za pamięć i mejle (tak! Pan Feliks, mimo zaawansowanego wieku, pisze mejle! I to jakie wspaniałe!). Jestem dumna, że Pana znam, że odkryłam Pana wyjątkową twórczość.















 PS. Pan Feliks Trusiewicz zauważył, że zmieniłam wystrój bloga, że "jest inny, ale nie mniej piękny, a nawet bardziej ożywiony". Ucieszyłam się tą opinią.

Pomyślałam, żeby zrobić na blogu więcej przestrzeni, "oddechu", tak, żeby lepiej się czytało, a sąsiedzkie elementy nie rozpraszały. Mam nadzieję, że mojego małemu, ale wiernemu gronu odwiedzających blog, ta zmiana przypadła do gustu? Czy wystrój jest bardziej przyjazny dla oka? Proszę o Wasze sygnały i opinie! Dziękuję.








1 marca 2017

Cytat na Popielec z arcypowieści Władysława S. Reymonta



Jezu, bądź nam grzesznym miłościwy! Jezu!

O dolo człowiekowa, dolo nieustępliwa!

A cóże są te wszystkie znojne trudy? Cóże ten żywot człowieczy, co jako śniegi spływa bez śladu, że o nim nawet dzieci rodzone nie przypomną?

Żałością jeno, płakaniem jeno, cierzpieniem jeno…

I cóże są one szczęśliwości, dobroście, nadzieje?

Czczym dymem, próchnicą, mamidłem i zgoła niczym…

A cóżeś to ty sam, człowieku, który się puszysz, a dmiesz, a wynosisz hardo ponad wszelkie stworzenie?


Tym wiatrem jeno jesteś, co nie wiada, skąd przychodzi, nie wiada, po co się miecie, i nie wiada, kaj się rozwiewa…

I ty się masz panem wszystkiego świata, człowieku?…

A bych ci kto raje dawał — opuścić je musisz.

Bych ci kto wszystkie moce dawał — śmierć ci je wydrze.

Bych ci kto rozum przyznał największy — próchnem ostaniesz.

I nie przemożesz doli, mizeroto, nie przezwyciężysz śmierci, nie…

Boś ano bezbronny, słaby i płony jako ten listeczek, którym wiater żenie po świecie.

Boś ano, człowieku, w pazurach śmierci, jako ten ptaszek z gniazda podebrany, co se piuka radośnie, trzepoce, przyśpiewuje, a nie wie, że go wnet zdradna ręka przydusi za gardziel i lubego żywota zbawi.

O duszo, po cóż dźwigasz człowieczego trupa, po co?

(…) jedyna człowiekowa dufność w Panajezusowej łasce, a jedyna ucieczka duszy w Jego świętym miłosierdziu.

25 lutego 2017

Reymont: „Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowości.”

























O Bożym świecie zapomniałam, tak żem się sielnie zadurzyła w tym olśniewającym arcydziele! Cosik mi się zrobiło na wnątrzu po przeczytaniu epopei chłopskiej. Jak tego Pana Boga kocham, tak czystą prawdę rzekłam. Juści, losy Jagusi, Hanki, Tereski, Agaty rozczuliły mnie tak głęboko, że i wypowiedzieć trudno.   

Nie poredzi żyć z osobna — powiada jedna z bohaterek, Jagustynka. Choć w Lipcach każden z osobna pruje się z utrudzenia, biedzi się niemało, boć każdemu bliższe są i pierwsze własne frasunki, jakie dzień każdy przynosi. Ale zarówno kobiety, jak i mężczyźni społem i solidarnie uradzają się nad sprawami najważniejszymi dla gromady:


A każden żył po swojemu, jak mu się widziało, jak mu sposobniej było, a społecznie z drugimi, jak Pan Bóg przykazał.
Kto biedował, zabiegał, kłopotał się, kto się zabawiał i rad w kieliszki przedzwaniał z przyjacioły, kto się puszył i wynosił nad drugie, kto za dzieuchami się uganiał, kto chyrlał i na księżą oborę poglądał, kto na ciepłym przypiecku legiwał, komu radość była, komu smutek, komu zaś ni jedno, ni tamto — a wszyscy żyli gwarno, z całej mocy, duszą całą. (...) w Lipcach szło swoim odwiecznym porządkiem, komu śmierć była naznaczona — umierał, komu radość — weselił się, komu bieda — wyrzekał, komu choroba — spowiadał się i czekał końca — i pchało się jakoś z Bożą pomocą, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, bych się ino zwiesny doczekać abo tego, co komu przeznaczone.


O czem to napisane? Jak chcecie, to wam trochę poczytam o: wartości ziemi, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać można; twardej walce z oporną, sielnie folgującą od czasu do czasu naturą; codziennej chłopskiej krzątaninie; tradycjach i zwyczajowych obrzędach wsi et cetera. Reymont opowiedział o życiu polskiej wsi historie różne i tylachna, że kto by je pojął i zapamiętał! A tak mądrze, że jakowyś rzewność obezwładnia. Całą duszą piłam te Reymontowskie słowa miodne, soczyste, jak wyschła ziemia pije dżdże rosiste i ciepłe; tak jak Nastuś z Józką, Weronka z dziećmi, Jagustynka, Kłębowa i Pietrek oraz Hanka słuchali Rochowych porzekadeł:



—„Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowości.”
—„Dufajcie, bo pokrzywdzone zawżdy górę wezmą.”

—„Ochfiarną krwią i trudem trza posiewać człowieczą szczęśliwość, a któren posiał,

wzejdziemy i czas żniwny miał będzie.”

—„Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu Pańskiego nie siądzie.”

—„Kto ino wyrzeka na złe, nie czyniąc dobra, ten gorsze zło rodzi.”


 W sielnej powieści Reymonta wszyćko galancie i trafnie co do wiersza, kieby w tych pobożnych śpiewaniach, że nieraz wzdychałam urzeczona, tak szło do serca. Jaże mrówki obłażą, takie historie w tej książce o człowieczej, nieubłaganej doli...


Ostańce z Bogiem, ludzie kochane! Niedługo zwiesna!