15 lutego 2018

Malwy - ulubione kwiaty Juliusza Słowackiego


Mamo moja, kiedyś mały nasz domek - biały jak śnieg - z zielonymi okiennicami, z czerwonym dachem, obsadzimy różnobarwnymi malwami. Z tyłu będzie rosło kilka jodeł i kilka brzóz drżących... i ścieżki wysypane będą żółtym piaskiem... - i jaskółki będą nad gankiem się gnieździły - O, jakie by to szczęście było!

                                                      Juliusz Słowacki w liście do matki z Genewy

Franciszek Ksawery Lampi -

Portret Salomei Słowackiej






Juliusz Słowacki

Godzina myśli


[...] Nieraz te dzieci myślą dwoistą i duszą



Składali jedne, piękne całością obrazy.



W dnie wiosenne przy ścieżce piaskowej, na kwiatach,



Gdzie nad nimi różowe rozkwitały ślazy,





Gdzie wisznie jak dziewice w białych wiosny szatach



Między zarumienione kryły się jabłonie;



Tam wzajem na ramionach opierając skronie



Zamieniali słowami uczucia wzajemne.



Oni marzeniem księgi rozumieli ciemne





Nie rozumiejąc myślą. Z dziecinnego piasku



Na księgach Swedenburga budowali gmachy



Pełne głosów anielskich, szaleństwa i blasku,



Niebu tytanowymi grożące zamachy. [...]


ślaz — malwa. [przypis edytorski]





Diana Malewicka

Malwy na lewadach

Śladami Polaków - 
wielkich twórców,
ale przede wszystkim ludzi,
pełnych tajemnic,
poprzez małe epizody ich życia,
bez których nie byłoby wielkich dzieł,
bo krople wody tworzą ocean,
a ziarnka piasku plaże.

Podróż szlakiem wielkich Polaków:
Edynburg, Florencja, Tuhanowicze.
Do źródeł ich inspiracji,
Motywów twórczości;
Spróchniałych już jabłoni
Osłaniających Chopina przed słońcem.

Bohaterowie stanowią żywą historię,
Rozkwitają niczym malwy
Dotykiem pióra
Kierowane ku słońcu...

(1998 r.)

 Źródło: ten piękny wiersz uczennicy Liceum im. Adama Mickiewicza w Węgrowie na Podlasiu dedykowany Pisarce podaję za: Barbara Wachowicz, Wielcy Polacy w Ojczyźnie, Szkocji, Italii, Szwajcarii. Malwy na lewadach 1, Oficyna Wydawnicza "Rytm", Warszawa 2017, strona okładkowa.








A Was, drodzy Czytelnicy, zapraszam w niezapomnianą literacką podróż z Barbarą Wachowicz.

7 stycznia 2018

"Mały kamyczek na drodze życia potrafi zmienić jego bieg..." Wspomnienia Haliny Glińskiej, ukochanej legendarnego Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"




O Boże, Tadeusz! Moja pierwsza wielka miłość! Nie mogłam zasnąć. Wszystko, co nas łączyło, stanęło mi przed oczami. Jaki on był przystojny, męski i powściągliwy. Nie należał do mężczyzn paplających o miłości. [...]
Młody, piękny, mężny i szlachetny. Tadeusz był młodszym bratem Hanki Zawadzkiej, mojej drużynowej. Nie potrafiłabym powiedzieć, kiedy właściwie zaczęliśmy się spotykać. [...]


("Zośka” – moja wielka miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej spisały Dorota Majewska i Aleksandra Prykowska-Malec, MUZA, Warszawa 2017)

Piękna, krzepiąca i cenna książka! O dużym ładunku emocji. Chwała Autorkom, że spisały fascynujące wspomnienia Haliny Glińskiej - niezwykłej damy, dzielnej Polki, wielkiej patriotki. Opowiedziane przez nią historie i reminiscencje ukazują wszystkie barwy niezwykłego życia tych, którzy wierni byli Braterstwu i Służbie. Tym razem otrzymujemy niepowtarzalną okazję spojrzenia na „Druhów spod Arsenału” oczami dziewczyny jednego z nich, czyli Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”. Panią jego serca była bowiem Halina Glińska.

Obok wielotomowego cyklu Barbary Wachowicz „Wierna Rzeka Harcerstwa” jest to kolejna potrzebna publikacja - niosąca płomień pamięci z wiarą, iż spełni nadzieję poległych, wyrażoną w wierszu ich kolegi z ławy szkolnej w Liceum im. Stefana Batorego, żołnierza plutonu „Alek”, kompanii „Rudy”, Batalionu „Zośka” - Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który o swym pokoleniu powiedział: „Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć!”. Czy potrafimy pięknie żyć w wolnej Polsce, o którą tak heroicznie walczyli? Nie sposób uciec od tego rodzaju refleksji w trakcie lektury tej publikacji.

„Błękitna” drużyna Glińskiej często spędzała czas z męską „Pomarańczarnią”, do której należeli m.in. „Zośka” oraz Jan Bytnar „Rudy”. Zachowało się bardzo wiele wspomnień o tych chłopcach, a także na przykład żartobliwa autocharakterystyka „Zośki”, który napisał: „Wrodzone skłonności do szarogęszenia się wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba, umiejętność robienia dobrego wrażenia, sporo pewności siebie”. Teraz do tego bogactwa wspomnień różnych osób doszły opowieści jeszcze jednego ważnego świadka. Jako wyjątkowe nawet jawią się snute po ponad siedemdziesięciu latach od czasu „grozy – Ojczyzny mojej” (jak Baczyński określił czas dorastania jego pokolenia) wspomnienia Haliny Glińskiej. 

On, Tadeusz Zawadzki. Harcmistrz, podporucznik Armii Krajowej i Komendant Grup Szturmowych. Odważny, męski, przystojny (szczupły, z jasnoniebieskim spojrzeniem i włosami złocistymi), powściągliwy i do pewnego stopnia nieśmiały, prawdziwy przywódca, doskonały strateg. Ona, Hala Glińska. Harcerka i sanitariuszka batalionu „Golski”. Pełna wdzięku i pozytywnej energii, lubiąca śpiewać i tańczyć. Wielka i jedyna miłość Tadeusza, który zginął tragicznie 20 sierpnia 1943 roku w akcji we wsi Sieczychy koło Wyszkowa, gdzie jego oddział próbował zlikwidować posterunek niemieckiej straży granicznej. Miał zaledwie 22 lata. Zakochanej dziewczynie cały świat się zawalił. Razem snuli piękne plany. Przyjaciółka Danuta Zdanowiczówna, która była łączniczką i adiutantką Zawadzkiego, uważała ich za dobraną parę, mówiąc, że: „Hala z Tadeuszem szalenie do siebie pasowali. To był ten sam poziom intelektualny, kultury, wszystkiego”. Życie jednak bywa nieubłagane i toczy się dalej. Nie mogła bez końca opłakiwać ukochanego. Postanowiła wspomnienie o nim ocalić od zapomnienia, najpierw w sercu, a potem, pod koniec swojego życia, przekazać w bardziej trwałej formie potomnym. 

Cieszy fakt, że poznała takie osoby, które chciały posłuchać jej opowieści, spisać i wydać. Nie prowadziła bowiem pamiętnika. Aż dziw bierze, że dopiero niedawno ktoś do tego niezwykłego świadka dotarł i zainspirował do opowiedzenia barwnych kolei jej pięknego i długiego życia. W spisaniu wspomnień pomogły Dorota Majewska (pisarka związana z Warszawą) oraz Aleksandra Prykowska-Malec (aktorka, która wcieliła się m.in. w rolę Basi Sapińskiej, sympatii Alka Dawidowskiego, w filmie Oni szli szarymi szeregami). Dorota Majewska i Aleksandra Prykowska-Malec odwiedzały regularnie mieszkającą przy ulicy Anielewicza dziewczynę Tadeusza Zawadzkiego; najdłużej znała ją pierwsza z wymienionych.

Jak wspominała Glińska:

Tadeusz potrafił robić wszystko. Jeśli czegoś nie umiał, to się uczył. Matka, którą uwielbiał, a której niestety nie poznałam, zmarła, zanim zaczęłam bywać w domu Zawadzkich. Nauczyła go gotować i piec doskonałe ciasta. Miał słabość do słodyczy. Pamiętam, że w Zalesiu specjalną maszynką kręcił lody.

Oprócz tego jeździł na nartach, grał namiętnie w tenisa, ale nie potrafił tańczyć, co jednak jego dziewczynie, uwielbiającej taniec, nie przeszkadzało. Pasjonował się również hokejem. Był bardzo wysportowany i sprawny fizycznie. Pomagał Halinie w nauce chemii, do której zdolności odziedziczył po swoim ojcu Józefie Zawadzkim, rektorze Politechniki Warszawskiej i wielkim chemiku. Tadeusz marzył, by zostać chemikiem przemysłowym, Halinę zaś zajmowała medycyna. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, była na drugim roku medycyny, ale po szczęśliwym ocaleniu jej matki z rąk gestapo postanowiła się nią zaopiekować. Aby pracować na nie obie, zrezygnowała ze studiów oraz oddała legitymację AK z wpisem „służba sanitarna”. Chciała matce, po utracie wszystkiego, zapewnić w miarę dostatnie życie, do jakiego zawsze była przyzwyczajona.

Według Haliny Glińskiej Tadeusz Zawadzki miał naturę samotnika i… męską próżność, która ujawniła się ze szczególną mocą po zatrzymaniu przez niemiecki patrol i sześciodniowym uwięzieniu na Gęsiówce, gdzie ogolono mu włosy.

Ogolony „na zero” unikał spotkania ze mną. Dopiero kiedy wyrósł mu na głowie jeżyk, umówiliśmy się w moich stronach pod Warszawą. […] Lubiłam go fotografować i chciałam go uwiecznić w nowej odsłonie. Pozwolił mi na to dopiero, kiedy włosy gęsto pokryły mu głowę. I tu wyszła na jaw męska próżność.

Interesująca i poruszająca jest historia zdjęcia doskonale znanego tym, których los chłopców z Kamieni na szaniec fascynują. Glińska opowiedziała okoliczności jego powstania:

Jeden z najpiękniejszych dni mojego życia! Dwudziestego drugiego maja w czterdziestym drugim poszliśmy z Tadeuszem do ogrodu botanicznego, żeby uczcić moje imieniny. […] Tadeusz miał na sobie białą koszulę, w której lubiłam go najbardziej. Był taki wytworny jak nigdy wcześniej. Długo spacerowaliśmy alejkami. Podziwialiśmy kwiatową feerię barw. Śmialiśmy się do siebie jak dzieci. Zachłannie łapaliśmy chwile szczęścia. Nie wiedzieliśmy, czy będą nam jeszcze dane. Usiedliśmy na ławce pod okazałym krzakiem pachnącego bzu. Nie mogłam powstrzymać emocji. Poderwałam się i poprosiłam go o najpiękniejszy uśmiech dla mnie. Musiałam go sfotografować. Zrobiłam wiele zdjęć. Szkoda, że ocalały tylko dwa. To były ostatnie chwile beztroski. Niecały rok później w akcji pod Arsenałem straciliśmy naszych najbliższych przyjaciół Jasia i Alka. [...]

Z książki dowiadujemy się, że zdjęcie pokazujące Tadeusza Zawadzkiego w ogrodzie botanicznym zostało wykonane nie po śmierci „Rudego” i „Alka” (30 marca 1943), jak podają inne źródła, ale ponad dziesięć miesięcy przed ich odejściem, czyli 22 maja 1942. Reprodukcję tego zdjęcia czytelnicy odnajdą w książce. Na rewersje fotografii widnieje dokładna data jego powstania. Zostało bowiem wykonane w okresie wspominanych przez Glińską jej imienin. W następnym roku Zawadzki podarował Halinie herbacianą różę, która pochodziła z hodowli jego ojca, z ogrodu w Zalesiu. „Zośka” położył różę na desce do prasowania i wyszedł. Imieniny Haliny odbyły się tuż po przeprowadzonej z powodzeniem akcji pod Celestynowem (19 i 20 maja). Halinie udało się zrobić jeszcze jedno – ostatnie – zdjęcie Zawadzkiemu, tuż przed jego śmiercią, około 15 sierpnia 1943 r. w Świdrze podczas ich ostatniego spotkania. To na tym zdjęciu widzimy go z fryzurą na jeżyka.

Rok 1943 okazał się przeklęty, bo zginęli Tadeusz, Janek, Alek i wielu innych przyjaciół z Szarych Szeregów, ale też, jak zauważyła Halina Glińska,

obfity w heroiczne czyny, jakich dokonali. […] Jak myślę o tamtych czasach, o bezgranicznym oddaniu nas wszystkich, o odwadze, która nie wiadomo skąd się brała, to nie mogę wprost uwierzyć.

Snując wspomnienia Halina Glińska, nie ogranicza się tylko do Tadeusza Zawadzkiego. Z opowiedzianych historii jak w mozaice układa się swoista saga rodzinna - o jej szczęśliwym dzieciństwie w zamożnej rodzinie właściciela fabryki w przedwojennej Warszawie, okresie nauki w gimnazjum i zaprzęgniętych wtedy przyjaźniach, wspólnych zabawach, potańcówkach, wyjazdach i harcerstwie. Do grona przyjaciół Hali należeli m.in.: Danka Zdanowiczówna, Janek Bytnar „Rudy” i jego siostra Duśka, Alek Dawidowski i Basia Sapińska – postacie uwiecznione w Kamieniach na szaniec. Halina Glińska wraca też pamięcią do lat powojennych, wspomina męża Felicjana Sapalskiego, opowiada o udanej rodzinie - dwóch córkach (które wyszły za mąż za obcokrajowców: Belga i Włocha) i sześciorgu wnucząt.

Przybliżyła również kulisy powstania książki Kamienie na szaniec. Po śmierci „Rudego” i „Alka” Zawadzkiego ogarnęło przygnębienie. Bardzo przeżywał cierpienie z powodu śmierci przyjaciół i był świadomy odpowiedzialności, która na nim spoczęła. Przez Jana Rossmana oraz ojca i siostrę został przekonany do tego, aby pisać pamiętnik. Swoje zapiski przekazał Aleksandrowi Kamińskiemu. Stały się one fundamentem powstania Kamieni na szaniec. Kamińskiemu nie do końca podobał się tytuł, chciał przeforsować swój – Życie i śmierć. „Zośka” jednak nie ustąpił. Tytuł Kamienie na szaniec miał dla niego wyjątkowe znaczenie z tego względu, że fragment wiersza Juliusza Słowackiego Testament mój przed swoją śmiercią przypomniał „Rudy” w trakcie rozmowy z Tadeuszem i w obecności innych przyjaciół, którzy zebrali się w mieszkaniu Jana Rossmana pamiętnego 30 marca. Po śmierci przyjaciela słowa wieszcza nabrały nowego wymiaru i Tadeusz Zawadzki pragnął w ten sposób oddać hołd „Rudemu” i innym poległym.

Dla Haliny Glińskiej Tadeusz Zawadzki do końca życia pozostał kimś znaczącym – tą pierwszą, wielką, młodzieńczą miłością. Chociaż wyszła za mąż i miała szczęśliwą rodzinę, to - jak sama wyznała - nie była zakochana w swoim mężu. Glińska przywołuje cenne słowa właśnie na ten temat swojej przyjaciółki Danuty Rossman, która dzisiejszym harcerkom chętnie opowiada o czasach ich młodości:

Wszystkie trzy straciłyśmy nasze miłości. Baśka - Alka, Hala - Tadeusza, ja - Jędrka Makólskiego. I wszystkie trzy po wojnie wyszłyśmy za mąż. Nie byłyśmy zakochane, a okazało się, że miałyśmy bardzo dobre małżeństwa. Więc można z czasem pokochać. I chyba ta miłość jest prawdziwsza niż takie pierwsze młodzieńcze zauroczenie. Ono jest potrzebne. Ale to wspólna wędrówka, jaką jest życie, założenie rodziny, to, co nazywa się domem, praca dają szansę na narodzenie się dojrzałej miłości.

Ciepła, z dużym poczuciem humoru i dystansu do siebie oraz pełna pozytywnej energii – tak można by scharakteryzować Halinę Glińską po przeczytaniu wspomnieniowej książki. Jako pani w podeszłym wieku paliła namiętnie papierosy i piła kawę. Pogodnie znosiła starość, często używając powiedzonka: „Co robi pani stara? Pali i zapala”, oraz żartobliwych słów swojego ulubionego wnuka, że wcale nie jest kobietą starą, tylko mniej młodą. Lubiła oglądać serial Czas honoru. Niesławnego filmu w reżyserii Roberta Glińskiego Kamienie na szaniec chyba nie obejrzała, gdyż odradziła jej to wieloletnia przyjaciółka Danuta Zdanowiczówna-Rossmanowa, która po pokazie zadzwoniła do niej i z oburzeniem stwierdziła, że „filmowa Hala Glińska w niczym nie przypominała ciebie”. Glińska zastanawiała się więc, dlaczego twórcy filmu nie starali się dowiedzieć, czy żyje. Powiedziała: „Chętnie pomogłabym im przybliżyć tamte czasy, wiele postaci, w tym moją i Tadeusza”. Z oburzeniem przyjęła artykuł, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” na temat Tadeusza Zawadzkiego i Jana Bytnara, nie rozumiejąc, „dlaczego naukowiec nie zadał sobie trudu skonfrontowania własnej tezy z relacjami żyjących świadków wydarzeń i przyjaciół bohaterów”. 

Ale najważniejsze, co można by rzec o tej osobistości, to wręcz promieniująca od niej wielka mentalność patriotyczna i wierność wartościom, które kształtowały naszą tożsamość narodową. 

Halina Sapalska (z d. Glińska) - harcerka XIV WŻDH, drużynowa Błękitnej Czternastki w latach 1942-1944, odznaczona Krzyżem Armii Krajowej, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem z Mieczami „Za Zasługi dla ZHP”, Odznaką Pamiątkową Akcji Burza” oraz Odznaką Honorową „Za Zasługi dla Mazowsza”, Krzyżem Harcerskim z Mieczami - zmarła 15 listopada 2015 roku. Została pochowana na warszawskich Powązkach. Mam nadzieję, że kiedyś, przy okazji mojej bytności w Warszawie, uda się zapalić światełko pamięci na grobie „Druhów z Arsenału” i ich dziewczyn.

Warto zaznaczyć, że książkę wzbogacają niepublikowane dotąd fotografie oraz dokumenty z prywatnego zbioru, a na jej końcu zamieszczono bardzo potrzebny aneks, bo zawierający szczegółowe hasła dotyczące osób, miejsc czy zdarzeń, o których opowiadała Halina Glińska. Jeśli kogoś interesują losy bohaterów książek Aleksandra Kamińskiego (Kamienie na szaniec, Zośka i Parasol. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich) i jeśli poruszyły Was wspomnienia zawarte w Pamiętnikach żołnierzy batalionu „Zośka”, to powinniście koniecznie sięgnąć po książkę. Każda jej strona napęczniała jest dobrego gatunku sentymentem.

21 grudnia 2017

Piękna kolęda z motywem wileńskim i życzenia we lwowskim bałaku

Arkadiusz Kobus

 Prowadź mnie mój aniele

1/ Prowadź mnie, mój aniele.
Przez śnieg, jak opłatek biały.
Do Wilna, jak do Betlejem.
/Do/ Katedry i Ostrej Bramy.


2/ Panna dzieciątko kołysze.
Wypełnia się Boże dzieło.
I niesie się poprzez ciszę:
"Gloria in excelsis Deo." 


Ref. Iskrzy i błyszczy zimowy błękit.
Maryja nuci: śpij mój maleńki.
Świąteczne życzenia wzlatują z dymem.
Kolędę nuci świerszcz za kominem.


3/ /Więc/ prowadź mnie /mój/ aniele.
Przez polskie drogi pokręcone
Do Wilna, jak do Betlejem.
Tam dom mój, gdzie serce moje.

Muzyka: Szymon Szewczyk 

 ************************************************

 Życzenia we lwowskim bałaku:

Dzieciątko Jezus na świjat si prztarabanił, figu-fago bez koszulij, bez pikuletów, bez ancuga, bez kanioły. Ta my wszyskie Go na chawire zapraszamy. I zihir na stole niech zawsze u Was bedą na sto cwajir a ni na hop-szturak: cwibaki, sumyr czyli chlib, bulby z miysem, bałabuchy, mliko i mijód.

A na Świży Rok dla całyj famuły abcug szwajner przyknajali i halby fajnej bandury, albo ćmagi-to jest baczeskiego, aby hamać co było i tak bandzioch pełen był na ziher. Najże nigdy Was nikt nie wykantował i daj Paniaga Boże szczęsia pełno.


Źródło: ze strony Muzeum Lwowa i Kresów




 



2 listopada 2017

Zofia Kossak o Zaduszkach

Polona.pl


Zofia Kossak

Rok polski. Obyczaj i wiara



Nazajutrz po Wszystkich Świętych świta Dzień Zaduszny. Te dwie uroczystości dopełniają się wzajemnie jak głos i echo, światło i cień, wieniec zwycięstwa i wieniec cierniowy. Kościół tryumfujący i Kościół cierpiący pochylają się nad ziemią, jeden w blasku, drugi w bólu, my zaś, Kościół walczący, my, dobijający się w trwodze własnego zbawienia, korzystamy z pomocy jednych, wspomagamy drugich. I na tym polega wielkie ludzkie misterium, ofiarowane przez ziemię w podzięce za rozpoczynające się z Adwentem Misterium Boże.

[…]

Każdej jesieni, gdy Droga Mleczna, zwana przez Słowian Drogą Dusz lub Drogą Żurawi, zbladła i zwęziła się, a gwiazdy Sita (Plejady) stanęły wysoko na niebie, na ziemiach polskich obchodzono Święto „Dziadów", określane też jako „pusty wieczór" lub „bdyn". W szczególny sposób przyrządzone potrawy składały się na ucztę, czyli „tryznę", niesioną uroczyście na żalnik. Palono ognie, kapłan-wróż, okryty białą końską skórą, wywoływał kolejno imiona i przydomki wszystkich zmarłych rodowców gromady, rzucając za każdym imieniem nieco jadła w ogień. Wierzono, że zmarli zwołani przychodzą, że posilają się, jak niegdyś. Że błogosławiona siła pokarmów, mleka, kaszy, kołaczy, mięsiwa, przenika ich mgliste członki, pozwala na tę jedną noc stać się podobnymi do żywych. Kto by się odwrócił, ujrzałby ich twarzą w twarz. Jak w tylu innych wypadkach, Kościół ochrzcił te obrzędy zamieniając noc „Dziadów", „pusty wieczór", w Dzień Zaduszny.

„Wierzycie, że zmarli żyją i potrzebują pomocy? - Zaiste, słusznie wierzycie; jeno modlitwy trzeba zmarłym, a nie jadła. Palicie ognie dla zwołania duchów? Palcie je dla wyobrażenia światłości wiekuistej, której są spragnione. Nie sądźcie, że zmarli żyją poty tylko, póki rodowcy o nich pamiętają - nieśmiertelne są dusze ludzkie; -lecz wiedzcie, że pamięć wasza przyśpiesza ich wybawienie. Nie szczędźcie pamięci zmarłym! A nie będziecie więcej lać wody, rozstawiać palcy, wołać: czur! czur! albo: a kysz! a kysz! lecz powiadać będziecie: Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie... Nie lękajcie się zmarłych i nie frasujcie się o tych, których żywot był uczciwy. - Odtąd - mówi Duch - aby (umarli) odpoczęli od prac swoich, albowiem uczynki ich za nimi idą."

Wietrzny, mroczny jest listopad. Drzewa obnażone z liści ujawniają swoje rany, przeżyte burze, załamania, klęski i cierpliwe zaleczenia. Kurczowo zgięte konary prostują się znowu ku górze, złamana gałąź tryska wiązką nowych pędów. Głęboka blizna po oderwanej przez burzę gałęzi zarasta z wolna, oblewana żywą miazgą. Piękne są drzewa w tej szczerej odsłonie. Wielu artystów malowało urok cienistych kopuł liściastych. Niewielu zdołało oddać patetyczną wymowę drzew nagich. [...]

1 listopada 2017

Zofia Kossak o Dniu Wszystkich Świętych

Polona.pl



Zofia Kossak


Rok polski. Obyczaj i wiara


[…] Wszyscy święci! Pochodzący ze wszystkich ras, wszystkich narodów, wszystkich epok, stanów, zawodów... Intelektualiści, mędrcy, władcy, badacze, pastuszkowie, żebracy, możni tego świata i proletariusze, rycerze i zakonnicy, starzy, młodzi, dzieci, dziewice, matki, żony, wdowy...

Gdziekolwiek rośnie wiecznie zieleniejące drzewo wiary, rodzą się święci, najpiękniejszy jego owoc. Wśród tej rzeszy nie ma lepszych ani gorszych, przednich i poślednich. Bóg ich sobie upodobał. Są święci. Znamy z imienia zaledwie małą cząstkę tego tłumu. Zazwyczaj ograniczamy się do świętych kalendarzowych. A wszakże są ich tysiące. Tysiące świętych kanonizowanych.

Tysiące świętych jeszcze nie kanonizowanych. Kościół przechowuje imiona tych ostatnich, niby perły nie oprawione, by w czasie sposobnym wyjąć je ze skarbca i wstawić w złoto ołtarzy. I jeszcze tysiące świętych nikomu, prócz Boga, nie znanych, których dusze kwitły i dojrzewały poza ludzką ewidencją. Niebo zebrało ich woń, a my, w dniu 1 listopada, oddajemy im cześć, wielbiąc wszystkich świętych.

Kult świętych to hołd złożony wysiłkowi ludzi wspartych Łaską, ich woli i pracy. Jak pszczoła przetwarza w sobie pył kwietny na miód, tak oni ukuli z darów Ducha Świętego potęgę. Moc, którą Chrystus Pan obiecywał, mówiąc:

„.. .jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczyczne, rzekniecie tej górze: podnieś się,

a wrzuć się w morze - i stanie się".

„...jeśli będziecie mieć wiarę..."

Święci wiarę posiadali. Taką, jakiej Chrystus żądał. Niewątpliwą, ufną, pełną. Dzięki niej czynili cuda. Panowali nad żywiołami, nad przestrzenią i czasem. Kto by wątpił w cuda świętych, wątpiłby w obietnice Chrystusa Pana.

Moc uzyskana przez świętych nie gaśnie z ich zgonem. Niezniszczalna, wciąż aktywna, wciąż promieniująca, stanowi złoża energii silniejszej niż atomowa, zdolnej przeobrazić świat.

Dzień Wszystkich Świętych posiada także znaczenie społeczne. Świętość nie ogranicza się do siebie samej. Święci służyli Panu, służąc bliźniemu. Bóg stawał przed nimi w postaci każdego człowieka potrzebującego pomocy. Szli ku Niemu stąpając po ziemi. Byli wielkimi reformatorami, piętnującymi nadużycia i krzywdy społeczne. Błyskali w gąszczu współczesnych jak iskry wśród trzciny, zarażając innych świętością. To stara prawda, że żaden święty nie idzie do nieba sam. Dąży za nim liczny orszak dusz porwanych jego przykładem.

Święci są opiekunami i orędownikami kraju. Chrystus Pan płakał nad Jerozolimą, albowiem miłował swój naród. Naśladowcy Jego, święci, miłują również swoje strony, swych rodaków. Zasługi świętych, wstawiennictwo świętych tworzą niby baldachim opiekuńczy, rozpostarty nad ich ziemią ojczystą.

Dzień Wszystkich Świętych jest także wezwaniem, bo każdy z nas ma także obowiązek zostania świętym. Obowiązku tego nie wolno przeoczać. Katolik rezygnujący zawczasu z dążenia do świętości byłby podobny zawodnikowi, który cofa się od startu, powiadając: Bieg, zwycięstwo, to nie dla mnie. Niech inni się ubiegają, ja będę patrzył z daleka... [...]