24 grudnia 2016

"Wielkie święto solidarnego zespolenia Polaków"




Boże Narodzenie - wielkie  święto solidarnego zespolenia Polaków - zwraca naszą myśl ku tym wszystkim, którzy jak rzekł Słowacki "żyli, walczyli i cierpieli z nami". Czujemy z nieomylną pewnością serca, że jesteśmy razem, wypatrując nad Polską gwiazdy tej samej, dzięki której potęguje się wiara, rozbudza nadzieja i rozpłomienia miłość.

Druh Aleksander Kamiński podczas okupacji niemieckiej




Czytelnikom bloga życzę Świąt Bożego Narodzenia promiennych, błogosławionych i rozbrzmiewających najpiękniejszymi polskim kolędami!

28 listopada 2016

"Są miłości, które mogą się układać zależnie od warunków życia, (...), lepiej albo gorzej, mogą zwiększać się lub słabnąć, ale zupełnie inaczej jest z miłością między Matką a synem..."



Jej pisane płomiennymi słowami książki pozwalają myślą, sercem i duszą ulatywać wstecz, szczególnie do domów rodzinnych, w których wzrastali najlepsi synowie i córki naszej ojczyzny. W tropieniu i odkrywaniu ulotnych znaków ziemskiego losu najwybitniejszych Polaków Barbara Wachowicz jest niestrudzona. Otrzymujemy kolejny owoc przeżywanych przez pisarkę „przygód w poszukiwaniach rzeczy narodowych polskich”. Oto zbiór niezapomnianych portretów najpiękniejszych postaci matczynych naszej historii, muzyki i literatury - prawdziwych Mulier Fortis (statecznych niewiast), familiae matris, „matron Sercem i Sumieniem błyszczących”, „zwykłych polskich matczysk”…

Współczesne polskie matule mogą w tej książce zobaczyć siebie w radości i trudzie budowania ogniska domowego, wychowywania dzieci, organizowania dnia codziennego, wspólnego bytowania, śmiania się, podróżowania i walczenia z przeciwnościami. Książka opowiada o różnych barwach macierzyństwa i dzieciństwa. Używając słów Melchiora Wańkowicza, można metaforycznie powiedzieć, że

Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnień.

Z najnowszego dzieła Barbary Wachowicz dowiadujemy się o tym, w aurze jakich tradycji wzrastali: MAREK i JAN SOBIESCY, TADEUSZ KOŚCIUSZKO, ADAM MICKIEWICZ, FRYDERYK CHOPIN, JULIUSZ SŁOWACKI, HENRYK SIENKIEWICZ, JAN KASPROWICZ, STEFAN ŻEROMSKI, MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA i MAGDALENA SAMOZWANIEC, a także KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI, na jakich lekturach macierze kształciły swoje utalentowane, ale i zarazem krnąbrne dzieci, jakie wartości im zaszczepiały, z jakimi problemami się borykały. Wszystkie sportretowane matki starały się, aby ich synowie i córki poznali dzieje przodków i „najświętsze narodu epoki” oraz aby wzrastali w wierze chrześcijańskiej. Pisarka podaje wiele na to dowodów, przytacza choćby niezmiernie symboliczną scenę: ksiądz, który spowiadał umierającego Fryderyka Chopina, podając mu Pana Jezusa ukrzyżowanego, zobaczył łzy w oczach kompozytora i spytał, czy wierzy. Odpowiedział:  Wierzę. Jak Cię matka nauczyła? Jak mię nauczyła matka!


12 listopada 2016

O filmie "Wołyń"






Film Wojciecha Smarzowskiego (zrealizowany na podstawie scenariusza opartego na zbioru opowiadań pt. Nienawiść Stanisława Srokowskiego) to świdrująca do głębi podróż do jądra ciemności. Opowiada o naturze zła, które zalęga się w duszy człowieka, stopniowo karmionego ideologią wrogości wobec ludzi odmiennej narodowości, mieszkających obok siebie na tej samej ziemi od pokoleń.

Tytułowy Wołyń to ziemia, która w czasie drugiej wojny światowej była świadkiem tragedii ludności polskiej barbarzyńsko mordowanej przez szalejący żywioł szowinizmu ukraińskiego. Dantejskie sceny rozgrywały się również w Małopolsce Wschodniej.

Wołyń Smarzowskiego to obraz dopracowany i przemyślany w każdym calu. Mam pełne zaufanie do twórcy, gdyż - jak wynika z medialnych wypowiedzi Stanisława Srokowskiego - często konsultował się zarówno z nim, jak i z badaczami tej karty polskiej i ukraińskiej  historii. Zdaję sobie też sprawę, że Wojciech Smarzowski nie mógł zrobić podręcznika z historii, że twórca filmowy ma prawo pewne wątki wyważyć, pominąć, zestawić w taki czy inny sposób. Moim zdaniem reżyser pokazał genezę rzezi wołyńskiej i jej przebieg, nie narzucając widzowi czarno-białej wizji, bo historia nigdy nie ma takiej barwy. Zawsze są jakieś półcienie. Wychodząc z takiego założenia, reżyser zadbał o pokazanie zróżnicowanych postaw i zachowań wśród przedstawicieli różnych narodowości. Dał nam duże pole do namysłu, do poszerzania swojej wiedzy, ale przede wszystkim do płaczu i lamentu. Ten film to dojmujące wołanie o prawdę i pamięć. Dlatego został  przez Wojciecha Smarzowskiego opatrzony mottem: „Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”. Są to słowa Jana Zaleskiego, które zapisał w swoim pamiętniku po wojnie, jak dowiadujemy się dziś od jego syna, księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

11 listopada 2016

"Ojczyzny mojej stopy okrwawione"

Cyprian Kamil Norwid

Moja ojczyzna



 
 
 
 
 
 
 
Kto mi powiada, że moja ojczyzna:
Pola, zieloność, okopy,
Chaty i kwiaty, i sioła — niech wyzna,
    Że — to jej stopy.

Dziecka — nikt z ramion matki nie odbiera;
Pacholę — do kolan jej sięga;
Syn — piersi dorósł i ramię podpiera:
    To — praw mych księga.

Ojczyzna moja *nie stąd* wstawa czołem;
Ja ciałem zza Eufratu,
A duchem sponad Chaosu się wziąłem:
    Czynsz płacę światu.

Naród mię żaden nie zbawił ni stworzył;
Wieczność pamiętam przed wiekiem;
Klucz Dawidowy usta mi otworzył,
    Rzym nazwał człekiem.

Ojczyzny mojej stopy okrwawione
Włosami otrzeć na piasku
Padam: lecz znam jej i twarz, i koronę
    Słońca słońc blasku.

Dziadowie moi nie znali też innéj;
Ja nóg jej ręką tykałem;
Sandału rzemień nieraz na nich gminny
    Ucałowałem.

Niechże nie uczą mię, gdzie ma ojczyzna,
Bo pola, sioła, okopy
I krew, i ciało, i ta jego blizna
    To ślad — lub — stopy.

Paryż, styczeń 1861

Jan Paweł II

Budujmy dobro Ojczyzny



11 listopada 1998 r. podczas audiencji generalnej Jan Paweł II w przemówieniu do Polaków nawiązał do przypadającej w tym dniu 80. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości:


W dniu dzisiejszym obchodzimy 80. rocznicę odzyskania niepodległości — początku II Rzeczypospolitej. Podpisane w dniu 11 listopada zawieszenie broni przyniosło naszemu narodowi od dawna oczekiwane wyzwolenie spod zaborów. Ten akt dziejowej sprawiedliwości nie był tylko skutkiem sprzyjającej sytuacji politycznej w ówczesnej Europie, był to nade wszystko owoc wytrwałego zmagania całego narodu o zachowanie tożsamości i duchowej wolności.

Wielu synów Polski poświęcało tej sprawie swoje talenty, siły i wytężoną pracę. Liczni spośród nich ponosili trudy emigracji przymusowej. Wielu w końcu zapłaciło za wolność Ojczyzny najwyższą cenę, przelewając krew i oddając życie w kolejnych powstaniach, na różnych frontach wojennych.

Wszystkie te wysiłki ojcowie nasi opierali na nadziei, płynącej z głębokiej wiary w pomoc Boga, który jest Panem dziejów ludzi i narodów. Ta wiara była oparciem również wtedy, gdy po odzyskaniu niepodległości trzeba było szukać jedności pomimo różnic, aby wspólnymi siłami odbudowywać kraj i bronić jego granic.
Niestety, II wojna przerwała dobre dzieło, pozostał jednak posiew wolności, który z Bożej Opatrzności owocuje w naszych czasach.

Wraz z całym narodem polskim dziękuję dziś dobremu Bogu za ten niewysłowiony dar Jego miłosierdzia, polecam dusze zmarłych i poległych. Szczególnie w tym dniu proszę Boga o łaskę wiary, nadziei i miłości dla wszystkich rodaków, aby w jedności i pokoju dobrze korzystali z tak cennego daru wolności. Niech opieka Maryi, Jasnogórskiej Pani, zawsze towarzyszy naszej Ojczyźnie i wszystkim rodakom. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!


1 listopada 2016

Epitafia Cypriana Kamila Norwida, czyli literackie zaduszki

Okładka pierwszej krytycznej edycji tekstów Norwida. 






 ...w dagerotyp raczej pióro zamieniam...
(Cyprian Kamil Norwid, Czarne kwiaty)


Cyprian Kamil Norwid był najukochańszym poetą Jana Pawła II, który w trakcie audiencji udzielonej Polakom nazwał go

jednym z największych poetów i myślicieli, jakich wydała chrześcijańska Europa (cyt za: B. Wachowicz, Siedziby wielkich Polaków).

Norwid pracował twórczo do samej śmierci. W ostatnich latach życia popełnił m.in. dramat Miłość czysta u kąpieli morskich, nowele Stygmat, „Ad leones!”, „Tajemnica lorda Singelworth. Tom Proza I, kunsztownie przygotowany i wydany przez Towarzystwo Naukowe KUL, zawiera wymienione opowiadania, a także inne utwory prozatorskie, w tym Czarne kwiaty i Białe kwiaty.





Cykl impresji „Czarne kwiaty”, łączący cechy eseju, wspomnienia pośmiertnego i pamiętnika, porusza problem przemijalności i pustki po odejściu wszystkich jego wielkich współczesnych, których nazwie niezwykle trafnie „szlachetnie różniącymi się przyjacielami”. Norwid uwiecznił tam sześć postaci stojących już w obliczu śmierci: urodzonego na Podolu romantycznego poetę Stefana Witwickiego, francuskiego malarza Paula Delaroche’a, piękną nieznajomą (podobno Irlandkę) spotkaną na statku podczas podroży do Ameryki (warto przy tym podać dwie ciekawostki, że Norwid jako pierwszy polski romantyk widział Amerykę i że na pamiątkę podróży morskiej spał odtąd na hamaku), wreszcie - Słowackiego, Chopina i Mickiewicza. 

27 października 2016

Najgorętsza premiera tej jesieni

Data premiery: 2 listopada

Matka. Matuchna. Mateńka. Mama. Mamusia. Mamunia. Mamuśka. Matusia. Mateczka. Matusieńka. Matusienieczka. Matula. Matulka. Matuleńka… Tyleż spieszczeń serdecznych – odnaleźć można w „Słowniku języka polskiego” wydanym w roku 1809!

12 października 2016

"Miasto - symbol naszej wielkiej kultury"




 
Czwarta strona okładki





Ta albumowa książka jest czymś znacznie więcej niż tylko historią miasta - to arras utkany z inspiracji i miłości. Składają się na nią osobiste refleksje autorów nad przeszłością, dziedzictwem, architekturą, społeczeństwem i kulturą Wilna. 

Ryszard Jan Czarnowski i Eugeniusz Wojdecki prześledzili transformację miasta na przestrzeni wieków, cofając się do pradziejów, czyli okresu panowania Mendoga, a następnie opisując kolejne epoki aż do czasów najnowszych. Znajdziemy w ich książce niemal każdy zaułek i każdą architektoniczną wspaniałość tego niezwykłego miasta. Wielkie zarazy, pożary i potopy, które nawiedzały Wilno kilkakrotnie, ukazane są przez pryzmat najznakomitszych i zwyczajnych mieszkańców. Do tego dochodzą doskonale dobrane anegdoty, cytaty z literatury naukowej i pięknej oraz prasy, celne komentarze na temat dawnych i współczesnych mieszkańców oraz odwiedzających miasto na przestrzeni epok. Dzięki wirtuozerii pióra oraz świetnie dobranej ikonografii niemal namacalnie obcujemy z duszą tego miasta. Na kartach tej książki Wilno zwyczajnie ożywa.

2 października 2016

"Jak to się stało, że właśnie to wydarzenie wypełniło wyobraźnię Polaków?"


W dzieciństwie w trakcie pobytu na kolonii letniej w Tczewie brałam udział w wycieczce na Westerplatte. Niewiele wtedy rozumiałam, choć odwiedziny tego miejsca utkwiły mi w pamięci. Wspominam o tym, dlatego że właśnie zagadnieniu miejsca pamięci poświęcona jest książka Krzysztofa Zajączkowskiego. Muszę też dodać, że do dziś kołaczą mi w głowie rytmiczne strofy wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego moja nauczycielka w szkole podstawowej kazała się całej klasie nauczyć na pamięć. Któż z mojego pokolenia nie zna tego utworu? Jak słusznie stwierdza Krzysztof Zajączkowski,

Młody człowiek mający w szkole kontakt z wierszem poety dostawał niewątpliwie wgląd w jedno z najpiękniejszych i najbogatszych znaczeniowo dzieł polskiej liryki. Pozostawał pod nieuchwytnym wrażeniem jego uroku i prostoty (s. 155).

Książka Westerplatte jako miejsce pamięci reprezentuje fascynujący, jak mi się wydaje, nurt w historiografii. Mianowicie badania nad pamięcią. Mogę więc chyba stwierdzić, że autor zajmuje się pamięciologią. Prawda, że to ładnie brzmi? Historyk sam używa tego słowa. Pojawiają się też takie określenia, jak: "aktorzy pamięci", "treści miejsca pamięci" czy "składniki pamięci".


4 września 2016

Ukochane miasto Skamandrytów


[…] Pewnego dnia miałem godzinną przerwę w zajęciach uniwersyteckich i wybrałem się na spacer Nowym Światem. Było południe. Słoneczne, wiosenne. Dwóch panów. Zatrzymali się. Jeden szczupły, młodzieńczy. Żywo gestykulował. Drugi nieduży, korpulentny, z siwą, starannie przystrzyżoną bródką. Śmiał się i potakiwał. Poznałem ich natychmiast. Julian Tuwim i Leopold Staff. […] Julian Tuwim otworzył drzwi Kuchcika. Pokłoniwszy się nisko, zapraszał Leopolda Staffa. Staff opierał się. Długą chwilę celebrowali wejście. Staff cofał się wstydliwie, niewysoki jegomość o rumianej twarzy gimnazjalnego belfra. Tuwim pochylony w uniżonym pokłonie napierał. Gibki, ruchliwy, ostry, jastrzębi profil i ciemne, diabelskie znamię na policzku. Staff wszedł wreszcie, wyraźnie zażenowany teatralną ceremonią odprawianą przez młodszego kolegę po piórze. To było pierwsze dotknięcie żywej literatury. Ci dwaj luminarze literatury tak blisko; głowy, gesty, twarze. Tuż! Stałem i patrzyłem na zamknięte drzwi baru Pod Kuchcikiem. Tym razem nie wszedłem. Idąc dalej, zobaczyłem na ulicy Foksal olbrzyma w kapeluszu.  To Jarosław Iwaszkiewicz. W słońcu wyglądał jak olimpijczyk. […]

 (Marek Nowakowski, Nekropolis 2, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 19-20) 



Książka Lidii Sadkowskiej-Mokkas jest właśnie taką próbą dotknięcia literatury. Bardzo udaną próbą. Autorka z dużym wyczuciem opisała na tle niegdysiejszej Warszawy Skamandrytów, którzy swoją osobą i twórczością przywołują czasy niedawne i bezpowrotnie minione. Niejako jeszcze bardziej sprzęgła ze sobą losy wielkiej piątki - wybrańców bogów, którzy w ciemnym chaosie poszukiwali światła, porządku i piękna. Piórem dawali temu wyraz. Wygrywali lub przegrywali w walce ze sobą lub światem. Ukazując blaski i cienie najsławniejszego przed drugą wojną parnasu poetyckiego, stworzyła jakby mimochodem poruszającą opowieść o mocy literatury, wartości przyjaźni, złożoności ludzkiej natury i skomplikowanej historii naszego kraju.


20 sierpnia 2016

Kapryjskie polonica odkryte przez Józefa Dużyka - "Rzymianina z Krakowa"



Poldzio [Leopold Staff] często wyjeżdżał do Włoch, zwłaszcza na Capri, które bardzo lubił.
Był − wspominał Makuszyński − bardzo dobrym kompanem. […] W roku 1911 spotkaliśmy się na Capri. Tęsknisz za Capri?
− Bardzo…
− No, to potęsknimy razem…
I zaczęliśmy opowiadać sobie nawzajem o Capri i Anacapri. Oboje znaliśmy świetnie tę wyspę. Każdy zakątek, każdą trattorię, każda uliczkę, wszystkie drogi i dróżki, i szosy, groty i schody, przystanie i plaże, hotele i place, stragany i kościoły, klasztory i sklepy. Makuch [Kornel Makuszyński] wciąż przerywał moje opowiadanie pytaniami, czy ten sklep jeszcze jest, czy tamten stragan jeszcze stoi, jakiego koloru są dzisiaj wagony kolejki zębatej jeżdżącej między Marina Grande a Piazzetta i czy tam na dole, gdy się wychodzi na lewo z portu, sprzedaje ryby taki stary, siwy rybak? Jak on się nazywa?
− Nie pijmy już więcej, panie Kornelu - mówię - przecież ten pański rybak miałby już dzisiaj chyba sto lat. Zapomniał pan?
− Masz słuszność − mówi Makuch, przypija do mnie i zaczyna opowieść o Grotta d’Azzurra.
A wtedy nasza rozmowa staje się coraz bardziej rozmarzona, liryczna, niemal rzewna jak włoska piosenka, a w brudnym zakopiańskim szynku jest coraz więcej słońca i gorącego słonego zapachu morza, coraz więcej błękitu, w którym szynk zamienia się w Lazurową Grotę, a my − Makuch i ja − płyniemy pod sklepieniem groty, cali niebiescy, kryształowi, przeźroczyści, odcieleśnieni.
I nagle czar pryska.

 (Roman Brandstaetter, Dzieje jednego jesiennego dnia fragment tego opowiadania przytacza Józef Dużyk w swoim eseju pt. "Pamiętam lot żurawi nad Kapryjską Zatoką", zamieszczonym w: Polacy na Capri, Fundacja „Urwany Film”, Kraków 2015, s. 219220)

6 sierpnia 2016

"Każde dzieciństwo jest jakąś ruchomą prawdą". Przesiedleńcza opowieść Aleksanda Jurewicza



Ten chłopiec był jednym z tysięcy dzieci, które trzymając kurczowo za rękę, poprowadzono na dworce kolejowe; nie pierwszy i nie ostatni raz dzieci swoim płaczem i wołaniem bezbronnym głosem wypełniają dworce, pociągi, przypadkowe stacje, i te dworce, i te pociągi, i swój bezsilny płacz będą niosły do końca dni, jakby nigdy nie wychodziły z tych dworców i pociągów straszących wyziewami buchającej pary, jakby zeszły się tam smoki ze wszystkich bajek (Aleksander Jurewicz, Lida, Wydawnictwo Latarnia, Gdynia 2015, s. 56).

Kiedy po drugiej wojnie światowej ponad dwa miliony ludzi z dawnych Kresów zmuszono do opuszczenia Ojczyzny, razem z nimi zapakowano do wagonów kilkaset lat historii. Musiała sobie z tym poradzić wyobraźnia nie tylko zbiorowa, lecz także jednostkowa, szczególnie dziecięca.

Przeżycia związane z opuszczeniem ukochanej wsi głęboko wryły się w pamięć pięcioletniego Alika. Książka opowiada o przerwanym dzieciństwie urodzonego w Lidzie na Białorusi chłopca, który z rodzicami jedzie pociągiem repatriacyjnym do niechcianej, obcej Polski... Alik zostawia za sobą cały swój mikrokosmos: drzewa, płot, kościółek, rzekę i niebo, babcię i dziadka, siwego księdza, listonosza, głupiego Antośka, jabłka w sadzie, słoiki z marmoladą śliwkową, ryby obłożone tatarakiem, bliny, krowę, konie, kartofle w kołchozie, słońce i księżyc, jarzębiny i głogi… To wszystko, co tworzyło jego stabilną i spokojną codzienność dziecięcą.

1 sierpnia 2016

Nowe informacje o Aleksandrze i Mieczysławie Jasińskich! Rodzeństwie, które walczyło i zginęło w Powstaniu Warszawskim na Mokotowie

Aleksandra Maria Jasińska ps. Inez, żołnierz Armii Krajowej, pułku "Baszta"
 (ur. 2.02.1924, zm. 27.09.1944)
 

 





















Mieczysław Jasiński ps. Donald, żołnierz Armii Krajowej, pułku "Baszta" (ur. 2.01.1922, zm. 27.09.1944)


 Aleksandra Jasińska "Inez"

W ubiegłym roku, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, opublikowałam otrzymane od Pani Beaty Płaczek pamiątki rodzinne. Do mojego bloga  dotarła córka chrzestna matki powstańczego rodzeństwa, których dotyczył nasz wypominek. W związku z tym publikuję nową fotoopowieść, z poprawionymi przez Panią Annę Wojterską danymi o powstańczym rodzeństwie. Niech pamięć o Aleksandrze i Mieczysławie Jasińskich trwa!
Z przyjemnością oddaję głos Pani Annie:


Jestem chrzestną córką Wandy Jasińskiej, żony Konrada Aleksandra Jasińskiego. Byli to rodzice wymienionych powstańców. Wanda Jasińska, z domu Wróblewska, była siostrą mojej babci Laury. Rodzeństwo Wróblewskich: Zofia (1889?1963), Laura (1890?1963), Felicja (1891?1967), Wanda (1894?1977), Jadwiga (19021959) oraz Tadeusz i Mieczysław (daty życia mi nieznane, bo nie są pochowani na starym cmentarzu w Grodzisku Mazowieckim). Konrad Aleksander Jasiński też jest pochowany w Grodzisku Mazowieckim (18941965).



Oleńka chodziła do prestiżowego Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny (Szkoły na Wiejskiej) i po małej maturze wstąpiła do Żeńskiej Szkoły Architektury. Niestety śmierć przerwała plany Mietek i Oleńka 27 września 1944 r. zginęli, rozstrzelani przy wyjściu z kanałów na Dworkowej.


[Na Dworkowej na Mokotowie Niemcy wymordowali około 140 powstańców, którzy – zagubiwszy się w kanałach – wyszli na powierzchnię obok komendy niemieckiej żandarmerii, poddając się.]


Skąd pseudonim Oleńki? Autorka wiersza "Inez de Castro", poetka młodopolska Kazimiera Zawistowska, była z domu Jasieńska. Świetna, postępowa szkoła dla młodych warszawianek, którą ukończyła Oleńka, mogła rozbudzić zainteresowanie tą poetką. W polskim języku występuje pisownia Ines i Inez, na stronie Powstania Warszawskiego jest Inez i na Powązkach Wojskowych też.






 


MIECZYSŁAW JASIŃSKI Z NARZECZONĄ HALINĄ




Mietek ukończył Gimnazjum im. Stefana Batorego i na tajnych kompletach rozpoczął studia ekonomiczne na SGH. Przyjaźnił się ze Zbigniewem C., który w dzieciństwie bawił się w ogrodzie na Sielcach z Haliną Ł. Zbigniew poznał Halinę z Mietkiem. Często spotykali się we trójkę, Zbigniew grał na pianinie, a Halina i Mietek tańczyli. I tak to się zaczęło zostali parą narzeczonych. Tego się dowiedziałam od p. Haliny, ale nie poznałam okoliczności wstąpienia Mietka i Oleńki do AK.





W połowie studiów ekonomicznych Mietek rozpoczął studia prawnicze, prawdopodobnie pod wpływem Haliny. Przed wakacjami 1944 roku Mietek złożył gotową pracę magisterską (z ekonomii) u promotora. Był również już po drugim roku prawa.



Halina Ł., narzeczona Mietka, wojnę przeżyła i pod koniec lat czterdziestych (?) wyszła za mąż, a ok. 1953 roku urodziła córeczkę.


 Na temat wyboru pseudonimu "Donald" w rodzinie mówi się, że Mietek i Oleńka mieli ciotecznych braci w Stanach Zjednoczonych (Genia i Konrada). Może Donald uosabiał "silnego brata sojusznika" zza Oceanu...












Jeszcze jedno zdjęcie rodzeństwa Jasińskich (wszystkie powyższe zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodzinnych Pani Beaty Płaczek)



Groby Aleksandry i Mieczysława znajdują się na Powązkach Wojskowych w kwaterze pułku BASZTA. Obok jest pochowany N.N., a jest to symboliczny grób Albina Jasińskiego, który był stryjem rodzeństwa i który zginął z całą swoja rodziną na Woli.











Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego czytamy:


Mieczysław Jasiński ps. "Donald": rozstrzelany przez Niemców po wyjściu z kanału na ul. Dworkowej.  Jego siostra Aleksandra Maria ps. "Inez"  była łączniczką w tej samej kompanii. Zamordowana przez Niemców na ul. Dworkowej. 

Filmik pokazuje, co się działo w dniu śmierci rodzeństwa. Źródło: Muzeum Powstania Warszawskiego.

















Z listu Pani Anny: To są Wanda i Konrad Jasińscy z córeczką Krysią, która zmarła zanim urodził się Mietek (zdjęcie z archiwum rodzinnego Pani Beaty Płaczek)





Z listu Pani Beaty: Drugi brat mojej babci, Albin Jasiński (ur. w 1898), jego żona Stanisława (ur. 1897) oraz dzieci - Zygmunt (ur. 1926) i Zosia (ur. 1932), zginęli podczas bombardowania Woli - mieszkali na ul. WOLSKIEJ. Przesyłam zdjęcie kartki -  jednej z tych, które rodzina rozwieszała po całej Warszawie z myślą, że może udało im się uciec.




 ******************************************************************
                                                      PAMIĄTKI RODZINNE PANI ANNY
 
Pani Anna przysłała piękne i cenne zdjęcia ze swojego archiwum rodzinnego, a wśród nich jedno z babcią powstańczego rodzeństwa - Michaliną Wróblewską, jedno z małym Mieczysławem Jasińskim i jego matką. Pani Anna jest też w posiadaniu poruszającej klepsydry, w której rodzice, narzeczona i rodzina informują o pogrzebie Aleksandry i Mieczysława Jasińskich. 

Odkryła również dwa rysunki Aleksandry Jasińskiej, prawdopodobnie z okresu uczęszczania do Żeńskiej Szkoły Architektury (podpisy pod poniższymi zdjęciami są autorstwa p. Anny)







Rysunek Aleksandry Jasińskiej ROZPACZ według "Żałobnych wieści" Artura Grottgera (h x s: 14,5 x 9,5 cm)



                     



San Paolo fuori le Mura  bazylika rzymska (pewnie według fotografii) h x s: 14 x 17 cm







Grób Józefa Wróblewskiego w Kleczewie dziadka Oleńki i Miecia






Na zdjęciu z 1926 roku Wanda Jasińska, jej syn Mietek oraz jej siostrzeńcy: mój tata Jan i mój stryj Tadeusz Wojterscy




Zdjęcie sprzed 1909 roku, tj. zrobione zanim odbył się ślub Felicji.



Babcia Mietka i Oleńki Jasińskich Michalina Wróblewska (po śmierci męża Józefa) z dziećmi:



(Stoją od lewej:) Mieczysław, Tadeusz, Wanda i Jadwiga; (siedzą od prawej:) Michalina (matka), Laura, Felicja i Zofia


 








Styczeń-luty ok. 19621963, Warszawa, ul. Dolna 22 m.9: wujek Olek (nie mówiło się Konrad) Jasiński, ja  Anna, ciocia Wanda Jasińska (była moją matką chrzestną i siostrą mojej babci Laury)
 




Konrad Aleksander Jasiński (prawdopodobnie w okresie okupacji)







 

Klepsydra. W komisji ekshumacyjnej z Parku im. gen. Gustawa Orlicz-Dreszera brali udział m.in. Zofia Ł. i Konrad Aleksander Jasiński



(informacja od Haliny, narzeczonej Mietka Jasińskiego)




                      Listy ekshumowanych (ze strony Archiwum Państwowego m. st. Warszawy)







Zdjęcie kamienicy (z Wikipedii): Czerniakowska 126A: Mieszkanie Nr 4 w którym w czasie okupacji i po wojnie mieszkała rodzina Jasińskich, znajdowało się na pierwszym piętrze nad sklepem (ostatnie okno i balkon po prawej stronie zdjęcia, dwa okna za rogiem od południa oraz jedno okno od podwórza t.j. od wschodu).




                     MOJA RODZINA WUJOSTWO JASIŃSCY




Wuj Konrad Aleksander Jasiński przed pierwszą wojną światową, po maturze, studiował przez dwa lata filozofię, a następnie był w seminarium duchownym, może 1913/14 r. Nie wiem, kiedy i gdzie zawarł ślub z Wandą Wróblewską, może to było w 1915 r., a Krysia urodziła się w 1916...? Po pierwszej wojnie, gdy Krysia była maleńka, wujostwo mieszkali na Nowogrodzkiej 5 na piątym piętrze bez windy. Wuj poszedł na wojnę z bolszewikami jako ochotnik. Może wtedy Ciocia Wanda pojechała z Krysią do Felicji i Stefana Tylkowskich, do leśniczówki koło Niemysłowa, w pobliżu Uniejowa. Krysia zmarła tam na czerwonkę, chyba latem 1920 r. lub 1921 r., mając czterypięć lat. Wkrótce urodził się Mietek (2 stycznia 1922 r.), a dwa lata później Oleńka (2 lutego 1924 r.). [...]



        W 1951 r. zmarł na zapalenie opon mózgowych, po szczepieniu BCG, mój młodszy brat (żył rok i trzy miesiące). Prawdopodobnie wówczas zamieszkaliśmy w mieszkaniu wujostwa na Czerniakowskiej 126A pod nr 4 na pierwszym piętrze. Były to ciężkie czasy, w których "kwaterunek" zdecydował, że w tym trzypokojowym mieszkaniu będą mieszkały trzy rodziny:

1) w bardzo ciemnym pokoju z oknem od podwórza, w ich dawnej sypialni Konrad i Wanda Jasińscy;

2) w małym pokoju nad sklepem spożywczym, tzw. dziecinnym Jan i Maria Lidia Wojterscy z córką Anną (a później jeszcze z córką Janiną);

3) w dużym narożnym południowo-zachodnim pokoju trzy osoby dorosłe, obca rodzina: mężczyzna i dwie kobiety.

     W mieszkaniu było pomieszczenie kuchni, z której korzystały te trzy rodziny i we wnęce stał tapczan mężczyzny z trzeciego pokoju. Trzon kuchenny był gazowo-węglowy. Była też łazienka z bojlerem. Pokoje były ogrzewane piecami kaflowymi. Mieszkanie miało ok. 100 m2.

     W naszym pokoju w ścianie była znaczna dziura po pocisku. Pamiętam, iż rodzice walczyli z pluskwami.

         W grudniu 1956 r., gdy miałam siedem lat, przydzielono nam mieszkanie na Dolnej 22, w budynku "Społem", bo tatuś pracował w redakcji dwutygodnika Spółdzielczości Spożywców "SPOŁEM". Natomiast na Czerniakowskiej, do "małego" pokoju wprowadziło się młode małżeństwo z wielkim, koncertowym fortepianem. Jedno z nich było muzykiem.



         Wanda Jasińska była moją matką chrzestną i roztaczała nade mną opiekę duchową. Pamiętam, że zabierała mnie na niedzielne Msze św. do zrujnowanego kościoła przy Łazienkowskiej. Ciocia przekazała mi pierwsze wiadomości o Bogu i wierze katolickiej. Była osobą głęboko wierzącą, pogodzona ze śmiercią trójki dzieci. Jakoś inaczej było z wujkiem, był wyciszony, ale nie widziałam, aby chodził do kościoła. Pamiętam, iż nic sobie nie robił z UB; na swoim wielkim lampowym radiu słuchał zagranicznych stacji i "Wolnej Europy", które z trudem przebijały się przez jazgot zagłuszaczek.
         Przez te wszystkie powojenne lata w stałym kontakcie z Wandą i Konradem Jasińskimi była Halina - dawniej narzeczona Mietka. Ciocia zwracała się do niej bardzo serdecznie "córeńko", a ona zawsze "pani", "pan", "państwo" z wielkim szacunkiem. Miała swoją rodzinę: mamę, męża, córkę, i mimo wielkiej aktywności zawodowej (była adwokatem) zawsze znajdowała czas, aby złożyć wizytę na Czerniakowskiej.

         W latach 19571965 z wujostwem spotykaliśmy się dość rzadko ok. trzy razy w roku. Czasem były to spotkania w Grodzisku Mazowieckim. Wujek pomagał przy porządkowaniu rzeczy po śmierci ciotki mojego taty, Zofii Wróblewskiej, i mojej babci Laury, była to wiosna 1963 r. Chyba z tego okresu było zdjęcie wujka Olka z moim bratem (sześć lat) przy ognisku.

         Po śmierci wujka (1965 r.) cioci Wandzie bardzo dokuczała samotność, pogarszało się zdrowie i malały możliwości samoobsługi. Na początku lat siedemdziesiątych pani Halinie udało się załatwić dla cioci miejsce w Domu Kombatanta przy ul. Szubińskiej 4 w Warszawie. Mieszkała tam ok. pięciu lat, do śmierci w 1977 r. 



Wygrzebała z pamięci własnej oraz p. Haliny

Anna Wojterska