1 września 2015

"Ziele na kraterze". Książka "dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi"



Recenzja w rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, ku pamięci polskich żołnierzy walczących na wszystkich frontach i tych, którzy po zdradzie aliantów nie złożyli broni i do końca walczyli o wolną Polskę w latach 1944-1963, ku pamięci obywateli Rzeczypospolitej pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckich łagrach, w Katyniu i Palmirach, w Piaśnicy, Ponarach, na Łukiszkach i tysiącach miejsc kaźni, gdzie ginęli Polacy tylko dlatego, że byli Polakami, a także ku pamięci powstańców warszawskich, w tym Krystyny Wańkowiczówny ps. Anna

Więc napiszę dla tej Anny-Krystyny książkę o Tobie i o Domeczku, w którym rosłaś - jakbym w dłonie wziął ciepły kłębuszek życia i niósł między szare mury drapaczy w ten doskonale zorganizowany straszny świat. […] Ta książka będzie z uśmiechów, wzruszeń; przypomnień - o życiu Twoim i jej matki. Niech w jej życiu, obskoczonym przez nie wiem jakie radary, helikoptery, telewizje, atomy, sączy się z dna istnienia zapach tych lat, z których wyszła Twoja szukająca, chłonna, nieukojona dusza, paląca się jak płomień na wietrze.


Żyjesz, Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz.


(Melchior Wańkowicz, Epilog i Prolog. List do Krysi [w:] Ziele na kraterze, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 431)







Tę wzruszającą opowieść o osobistej stracie związanej z Powstaniem Warszawskim napisał Melchior Wańkowicz w Stanach Zjednoczonych, gdzie przebywał od 1949 roku. Wspomnienia ukazały się w Nowym Jorku dwa lata później. Miały odtąd siedemnaście wydań i stały się najchętniej czytaną książkę napisaną przez „ostatniego, co tak piórem wodził”. W 1957 roku czytelnicy „Życia Warszawy” uznali Ziele na kraterze za najlepszą publikację opowiadającą o okupacji i powstańczej stolicy. Wiele rodzin przetrzebionych przez wojnę odnajdywało na stronicach dzieła swoje losy i przeżycia. Aleksander Małachowski ochrzcił Ziele na kraterze mianem „elegii na śmierć córki”.



Współczesne polskie matki i ojcowie, szczęśliwie żyjący w czasach pokoju, mogą w tej książce zobaczyć siebie w radości i trudzie budowania ogniska domowego, wychowywania dzieci, organizowania dnia codziennego, wspólnego bytowania, śmiania się, podróżowania i walczenia z przeciwnościami. Książka opowiada również o różnych barwach dzieciństwa. Na taki trop odczytywania Ziela na kraterze naprowadza wielokrotnie sam pisarz:



Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnień. Ta książka przeprasza, że co pewien czas rozdzierają się jej pogodne na razie karty.



Dzieło to przepajają polskość, smak życia, duch przygody i szczęście rodzinne. Każda literka napęczniała jest sercem oraz dobrego gatunku sentymentem. Z każdej stronicy „sączy się miodopłynna mądrość”.




W trakcie lektury można pomyśleć niejednokrotnie, że życie w rodzinie Wańkowiczów płynęło bez zgrzytów, problemów różnej natury czy wzajemnych nieporozumień, dopóki na ich dom nie zaczął się sypać popiół z kataklizmu dziejowego. W każdej rodzinie piętrzą się czasem różne trudności, choćby natury finansowej. Pisarz niewątpliwie mitologizował, a więc przekształcał biografię swoją  i najbliższych jego sercu osób w legendę. Choć postacie i wydarzenia nie są fikcyjne, mamy do czynienia z prawdą zmyśloną. Utwór ten rości sobie prawo do prawdy, ale jednocześnie nie brakuje w nim zmyślenia. Prawdziwość opisania przez Wańkowicza życia jego rodziny, zwłaszcza w okresie międzywojennym, budzi wątpliwości literaturoznawców. Aleksander Małachowski napisał, że

...ciepło Wańkowiczowskiego domu, ten arcypotężny magnes przyciągający sympatię jego czytelników, jest w znacznej mierze kreacją czysto literacką [...] Przeto prawdziwe życie tej rodziny nie płynęło jak w tej bajce, którą za chwilę przeczytamy. Ale to jest przecież ta słynna Wańkowiczowska mozaika.



Pożycie małżeńskie między Kingiem a Królikiem jawi się nam jako sielankowe, pełne zawsze wzajemnego zrozumienia i czułości, pozbawione animozji czy okresów oddalenia od siebie. W 2010 roku na łamach „Rzeczpospolitej” w artykule pt. Róż na kraterze Aleksandra Ziółkowska-Boehm napisała, że obraz małżeństwa i domowego szczęścia Wańkowiczów pokazany w „Zielu na kraterze“ był tylko literacką kreacją. Małżeństwo Wańkowicza i jego żony Zofii nie najlepiej się układało, momentami wręcz dramatycznie. Przytoczyła ona relację samego Wańkowicza, według której pod koniec lat 20. Zofia odeszła od niego do jego przyjaciela Tadeusza Lechnickiego, aby powrócić do niego po blisko roku. W tym czasie jego córki znajdowały się pod opieką siostry Wańkowicza, Reginy. Zdaniem pisarza, Zofia nie rozumiała go i nie była „prawdziwym partnerem” w jego życiu. Artykuł Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm zawiera pełny tekst Diariusza Melchiora Wańkowicza, w którym pisarz krytycznie wypowiada się o swojej żonie.



Ziele na kraterze to, obok Szczenięcych lat (pisałam o nich TUTAJ), swoista „rodzinna” beletrystyka. Jakże krzepiąca i „nawznioślająca duszę”! Pozwala nam wniknąć w najgłębsze treści życia małżeńskiego oraz macierzyństwa i ojcostwa. I tyle wspomnień z naszego własnego dzieciństwa wywołuje… Wańkowicz w pewnym miejscu wyznaje:



Miałem inne dzieciństwo − więcej przystosowane do administrowania niż do bezpośredniego wytwarzania, więcej do panowania niż do pracy od dołu, więcej do syntezy niż analizy, więcej do przeżywania niż życia.



Dla mnie Ziele na kraterze to najpiękniejsza książka o rodzinnym życiu: jego blaskach, troskach, radościach, macierzyńskich i ojcowskich uczuciach, ciążącej na rodzicach odpowiedzialności za „kiełkowanie” i „owocowanie” małych istot, o duszy dziecinnej, o bezpowrotnie minionych latach, o tęsknocie, o żalu, że coś się przeoczyło lub zaniedbało w czasie procesu wychowawczego (w trakcie budowania więzi z córkami), o uczeniu dzieci „wsiąkliwości w życie” i zaciekawienia światem, o tym, jak hodowało się przed wojną dziewczęta na to, aby „umilały życie męskie, aby kondensowały czar kobiecości”,... Ziele na kraterze jest „sączącą pasma modlitwy do nieba” opowieścią o „małym zielu przebijającym się przez rodzicielską skałę”. W polskiej literaturze niewiele mamy tak pięknych peanów na cześć rodziny i działalności pedagogicznej. Moc tego dzieła jest po prostu upajająca, a jej końcowe partie, opowiadające o matczynej stracie, o cierpieniu matki, wręcz ściskają za gardło. Ponadto jest to dla mnie książka o istocie polskości, "kozaczym duchu" Polaków, ich umiłowaniu wolności i życia swobodnego, wojennej zawierusze i jej niszczycielskim wpływie na życie milionów rodzin, o powstańcach warszawskich i ich ofierze.



Pisarz stara się wystrzegać zanudzania i okadzania czytelników „dydaktycznym smrodkiem”, stosując wiele zabiegów literackich, w tym zwłaszcza ironię. Książka wzrusza i bawi równocześnie. Język dużej części utworu cechuje się wszystkimi typowymi dla ludzi wywodzących się z Kresów naleciałościami i elementami (soczyste i „pełne rumieńców” frazy, długie zdania, regionalizmy i neologizmy, np. „neronić”, „odchwycenie się”, „rozcieplić”, „wyserdaczyć”, „wyportczyć”, „rozbufić”, „rozwinogronić”, „seksapilować się”). W końcowej części dzieła język zmienia się w lapidarny, suchy, pozbawiony ozdobników. Staje się urywany, dławiący.




 Ziele na kraterze kończą się słowami: „Gryfa” nie odnaleziono dotąd. A jednak! Dowódcę Krystyny, którego ojciec zachłannie i bezskutecznie szukał, odnalazła wiele lat później Aleksandra Ziółkowska-Boehm. „Ostatnim ogniwem dotyczącym wspomnień o Krysi Wańkowiczównie”, starszej córce Wańkowicza poległej szóstego dnia sierpniowego zrywu powstańczego, nazwała pisarka spisaną przez siebie w listopadzie 2010 roku poruszającą relację „Gryfa”. Możemy i warto zapoznać się z nią, gdyż została opublikowana cztery lata później w jej książce pt. Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści (o której pisałam TUTAJ). 



 Okazało się, że generał Janusz Brochwicz-Lewiński „Gryf”, który był dowódcą Krystyny Wańkowiczówny ps. „Anna” i zarazem świadkiem jej ostatnich dni, wrócił do Polski w 2002 roku po pełnym zamętu, obfitującym w barwne lata życiu. W czasie powstania, 8 sierpnia, został ciężko ranny, a po kapitulacji ewakuowany do Niemiec. Aleksandra Ziółkowska-Boehm przeprowadziła z nim pięć lat temu obszerny wywiad, w którym „Gryf” wyznał, że jej śmierć odczuł bardzo głęboko oraz opowiedział, jak ją pochował, że nie miała Krysia „trumny z polskiej sosny”, jak w Kwiatach polskich”, że Stanisław Leopold „Rafał”, który wtedy z nim był, płakał, patrząc na mnie. Mówił też: „Co ja powiem pani Wańkowiczowej… jak jej powiem, że jej córka nie żyje”…



 Jej ojciec odpowiedziałby: Żyjesz Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz. 

 *************************************************************************************
FRAGMENT MOJEGO WYWIADU dla Granic.pl Z ALEKSANDRĄ ZIÓŁKOWSKĄ-BOEHM, dotyczący Ziela na kraterze i spotkania pisarki z dowódcą Krystyny Wankowiczówny:

Zawdzięczam to spotkanie dwóm osobom: Agnieszcze Boguckiej i Annie Komorowskiej-Sławiec, z którymi połączyła mnie Zofia Korbońska. Gdy mi powiedziały, że w Warszawie mieszka „Gryf" – Janusz Brochwicz-Lewiński, że kilka lat wcześniej wrócił do Polski – zareagowałam natychmiast zdumieniem i radością. Pamiętałam ostatnie zdanie z Ziela na kraterze: Gryfa nie odnaleziono dotąd.

Jesienią 2010 roku miałam szansę go spotkać. Generał mówił wiele o samym Powstaniu, a także wiele o Krysi. Zginęła w szóstym dniu Powstania. Jej śmierć odczuł bardzo mocno, zrobiła na nim duże wrażenie. On ją pochował. Sam dwa dni później został postrzelony w szczękę, miał strzaskaną połowę twarzy, spalony język. Dwadzieścia godzin wyprowadzano go kanałami ze szpitala na Freta do szpitala na Marszałkowskiej. Po Powstaniu był w obozach. Z Murnau został wyzwolony przez Amerykanów, potem przebywał w szpitalu w Szkocji.

Byłam zdziwiona, że "Gryf", od 2004 roku mieszkający w Warszawie, nie został „odnaleziony” przez dziennikarzy czy ludzi pióra, że tę wstrząsającą historię ja wydobyłam w czasie jesiennego, kilkutygodniowego pobytu w Polsce. Opublikowałam swój tekst w „Plusie i Minusie” (29−30 stycznia 2011, s. 21−22). O Krystynie Wańkowicz natomiast napisała Barbara Wachowicz w swojej najnowszej książce Bohaterki powstańczej Warszawy (Muza 2014).

Po długich rozmowach w warszawskim mieszkaniu „Gryfa” na Waryńskiego, kilka razy rozmawialiśmy przez telefon. Pytałam go wciąż, niemal przerywając wspomnienia ogólne i rozważania o Powstaniu, właśnie o Krystynę. Pytałam, jak to się stało, że Zofia Wańkowicz nie rozpoznała ciała córki. Wańkowisz pisze w Zielu na kraterze, że kiedy odkopywano groby w lutym, poznałaby córkę po plisowanej spódniczce, po warkoczach... Gryf mi przerwał i powiedział: „Ależ Krystyna nie miała warkoczy, obcięła je, i nie była w spódniczce, bo dziewczęta przebrały się w mundury zdobyte na Stawkach przez »Zośkę«...”

Wańkowiczowie o tym nie wiedzieli. W swoim tekście umieściłam zdanie: może matka nie rozpoznała ciała córki, bo była w mundurze i bez warkoczy. Nie śmiałam, nie mogłam napisać, że tak się stało. Pan Bóg wie, co się naprawdę stało. 
 
 

8 komentarzy:

  1. Pieknie napisalas, az zachcialo mi sie odkurzyc ksiazke, bo czytalam tak dawno temu!
    Na szczescie mam na polce, wiec siegne, jak tylko skoncze obecnie czytana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam gorąco do lektury "Ziela na kraterze"! Najlepiej w połączeniu z korespondencją córek z pisarzem (listy te są w edycji wyd. Prószyński i S-ka z 2009 roku), ze wspomnieniami dowódcy Krystyny spisanymi przez Aleksandrę Ziółkowską-Boehm w "Drugiej bitwie o Monte Cassino..." oraz z portretem córki pisarza nakreślonym przez Barbarę Wachowicza w "Dziewczętach powstańczej Warszawy". W tej ostatniej publikacji jest wspaniałe wspomnienie Wachowicz z jej pobytu w kresowych Jodańcach, w których siostry spędzały wakacje. Dzięki takiej "zespolonej lekturze" przeżycie czytelnicze będzie dużo bardziej wstrząsające i wzruszające.

      Usuń
    2. Przepraszam za literówkę, która wkradła się przy pisaniu komentarza przy nazwisku pisarki:(

      Usuń
    3. Musze sprawdzic, ktore wydanie posiadam, wydaje mi sie, ze to wlasnie o ktorym piszesz. Juz nie moge sie doczekac lektury.
      Jeszcze raz dziekuje za tak piekne polecenie.

      Usuń
  2. Czytalam kilka razy , warto siegnac po te ksiazke, musze koniecznie zdobyc ksiazke Pani Aleksandry, pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę Ci zatem tylko powtórzyć to, co napisałam Marioli:)

      Usuń
  3. A ja mogę powtórzyć słowa Marioli: pięknie napisałaś. Nie miałam okazji przeczytać, ale książka na pewno znajdzie się na mojej półce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jedna z takich nielicznych książek, do których wraca się od czasu do czasu. Niewyczerpane źródło emocji, myśli i wzruszeń.

      Usuń

Drogi Czytelniku, dziękuję za pozostawienie komentarza. Niestety nie zawsze jestem w stanie szybko odpowiedzieć. Proszę zatem o cierpliwość.