4 marca 2013

Wspomnienie Marka Nowakowskiego o Zbigniewie Herbercie!

Zanim Was zaproszę do lektury wspomnienia, jestem winna wyjaśnienia mojego krótkiego milczenia spowodowanego brakiem dostępu do sieci. A chciałam w sobotę zdać krótką relację z krakowskich obchodów Narodowego Dnia Pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Byłam i widziałam.  W marszu pamięci z Rynku do patriotycznego Parku Jordana wzięła udział masa ludzi, zwłaszcza młodych! To było coś niesamowitego! Zachęcam do obejrzenia GALERII na stronie "Dziennika Polskiego". Oprawa uroczystości była doskonale przygotowana, panowała wspaniała atmosfera. W czasie przemarszu, którego cichy nastrój od czasu do czasu przerywały okrzyki "Chwała bohaterom!", "Bóg, Honor, Ojczyzna!" oraz "Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę!", przechodnie przystawali w zadumie, wyraźnie zdziwieni jego liczebnością... W pięknie przystrojonym flagami oraz świecami  Parku Jordana licznie zgromadzeni krakowianie oddali hołd tym, którzy zginęli za wolność ojczyzny w walce z sowieckim okupantem i Polakami zdrajcami. Bohaterów antykomunistycznego podziemia wspominał dowódca 2. Korpusu gen. Jerzy Biziewski. Swoje konspiracyjne przeżycia przedstawił żołnierz AK i WiN ppłk Czesław Naleziński. Po przemówieniach były modlitwa i salwa honorowa.

Zbigniew Herbert był jednym z niewielu ludzi pióra, którzy bronili niestrudzenie i odważnie bohaterskich żołnierzy Powstania Antykomunistycznego 1944-1963 (podaje się taką cezurę, bo w 1963 zamordowany został ostatni Żołnierz Wyklęty: Józef Franczak ps. "Lalek", sierżant WP, żołnierz ZWZ-AK, działał w konspiracji. Zginął od kul ZOMO). Niedawno na łamach "GPC" Księcia Poetów wspominał Marek Nowakowski. Wklejam tylko fragment, mimo że wykupiłam dostęp do całego artykułu. Jeśli ktoś będzie chciał, to wykupi sobie za symboliczną złotówkę:)
 



MAREK NOWAKOWSKI WSPOMINA ZBIGNIEWA HERBERTA



Zbyszek ochoczo chadzał z nami na eskapady, do podłych, plugawych szynków, Smakosza, Popularnej, Toruńskiej, Wygodnej, Orłówki, Niedźwiadka. Nie odstawał. Swojak w odróżnieniu od parnasistowskich frajerów. Opierałem się na początku. Niechęć. Stereotyp wspomnień o bliskich, którzy odeszli. Dużo w tym sztuczności, wydętego patosu. Modelowanie posągu bez skazy. Tym bardziej pisać o Nim. Tyle już napisano. Świetnie, odkrywczo. Prawdę, nieprawdę. Z różnych przyczyn. Osobistych, koniunkturalnych. Politycznych. Namnożyło się wielu jego przyjaciół. Im dalej od chwili Jego śmierci, tym ich przybywa. Nie odezwie się przecież i nie odpowie. Można śmiało puszczać wodze fantazji. Kreować dowolnie. Nie chcę być jednym z takich. Dlatego tak długo zwlekałem i tyle mnożyło się wątpliwości. Przeważyła potrzeba utrwalenia tego, co zapamiętałem.


Nie był parnasowskim frajerem

Przede wszystkim darzyłem go sympatią. Nie była to przyjaźń, która polega na ciągłości. Bywała dorywczo, sporadycznie. Poznaliśmy się w roku 1958. Na pewno w redakcji „Współczesności”. Tam przychodziło wielu pisarzy, malarzy, poetów. Tygodnik nieobciążony komunistycznym balastem ruszył w październiku 1956 r. i był kuźnią ówczesnych debiutów. Drukowali na jego łamach również ci ze starszego pokolenia, którzy nie skazili pióra narzuconą ideologią, socrealizmem w poprzednim okresie. Miron Białoszewski, Staszek Swen Czachorowski.

Przyszedł Zbigniew Herbert. Średniego wzrostu, szczupły, lekko utykał. Krótko ostrzyżony, pojedyncze nitki siwizny, twarz okrągła, szeroki jasny uśmiech, oczy bystre, nos nieco zadarty, kościuszkowski. Zwykły, sympatyczny. Mimo różnicy wieku przyjęty życzliwie przez gromadę pyszałkowatych debiutantów. Już przedtem drukował wiersze, pisywał w „Tygodniku Powszechnym”. Ale nie przejawiał wyższości, nie epatował erudycją, żadnego poklepu wobec nas, znacznie młodszych. W zachowaniu tutejszy, nieodrodny syn równiny środkowoeuropejskiej (jeszcze nie wiedziałem o jego lwowskim rodowodzie), gdzie trunkiem była kartoflana gorzała, żadne tam amfory z greckim winem. Ochoczo chadzał z nami na eskapady, do podłych, plugawych szynków, Smakosza, Popularnej, Toruńskiej, Wygodnej, Orłówki, Niedźwiadka. Nie odstawał. Swojak w odróżnieniu od parnasistowskich frajerów. Ale gdy nieraz poeci wszczynali dysputy o tematyce górnolotnej, imponował oczytaniem, znawstwem klasyki, mitologii starożytnej, światowej literatury. Nawet Stanisław Grochowiak, koryfeusz takich sympozjonów na warszawskiej agorze, słuchał go uważnie, może z pewną zazdrością.

Czasem odłączałem się ze Zbyszkiem i brałem go na osobny swój szlak. W tym innym światku, naznaczonym specyficzną więzienno-kryminalną obyczajowością, też nie odstawał. Umiał się zachować, nie budził obcości. Dla mnie wtedy to był ważny sprawdzian. Ciekawy był nieznanych środowisk. Nie oceniał przedwcześnie, otwarty na rozmaitość ludzkich postaw, motywów wyboru i pasji. Nic z góry dogmatycznie ustalonego. Dobrze się z nim wędrowało po mieście za dnia i nocą. Tak samo swobodnie czuł się w kręgu starych, przedwojennych pisarzy. Oni go cenili. Liczył się w poezji jako indywidualność. Przyznaję, niewiele wówczas czytałem jego wierszy i nieuważnie, bardziej mnie interesował on sam.

Prawdziwy wędrowiec, gawędziarz

Byliśmy razem w Oborach, pałacu zamienionym w dom pracy twórczej literatów. Może rok 1963, może nieco później. Ten pałac, dawniej własność rodu Potulickich, stanowił dla młodych pisarzy szansę na dobre warunki do pracy. Samodzielny pokój, wikt, izolacja. Za dnia stukaliśmy na maszynach do pisania, a pod wieczór uprawialiśmy życie towarzyskie.

 Zbyszek Herbert był z nami.

Z tej kompanii pamiętam Bogdana Wojdowskiego, Romana Śliwonika, Andrzeja Brychta. Ze starszych – Wiktor Woroszylski, Andrzej Mandalian, może Adam Bahdaj. Wędrowaliśmy po łęgach starorzecza Wisły, przez piachy i zagajniki do Konstancina i tam postój w restauracji u Berentowicza. Zbyszek Herbert jak prawdziwy wędrowiec, z nieodłącznym chlebakiem przewieszonym przez ramię. Świetny kompan, facecjonista, gawędziarz. Styl bycia lekki, niefrasobliwy. Jednocześnie sprawiał wrażenie człowieka w stanie tymczasowym, prowizorycznym, bez stałego oparcia.

W letnich miesiącach jeździł na Suwalszczyznę, do Augustowa. Wspominał mroczne rozmowy z mieszkańcami puszczańskich wiosek o okupacji sowieckiej tamtych stron. Interesowała go pamięć powojennego, antykomunistycznego oporu. Zapewne słuchowisko radiowe "Lalek" powstało z tej inspiracji. Doskonale pamiętam, jak spoważniał (odrzucił maskę poczciwego wesołka), kiedy wdał się w rozmowę z dwoma moimi znajomymi z AK, nazywałem ich na swój użytek Powstańcami. Chciwie chłonął to, co opowiadali. Byli to dwaj strażnicy tamtego patriotycznego etosu. W powojennej Polsce całkiem świadomie egzystowali na marginesie. Zbyszek rozgrzał się młodzieńczo, jakby razem z nimi uczęszczał do konspiracyjnej podchorążówki Agrykola i brał udział w pierwszych akcjach. Aż rozochocony ostatecznie, zaczął wyśpiewywać z cudownym lwowskim akcentem batiara piosenki ze swojego rodzinnego miasta, o którym z nami, młodymi pisarzami, dotychczas nigdy nie mówił.



Wspólnie w opozycji

Bywał zaskakujący, pod dobroduszną pozą lekkoducha kryła się jeszcze jakaś inna sfera doświadczeń, wiedzy, którą niechętnie się dzielił. Jego wiersze czytałem coraz uważniej. Miały uniwersalny wymiar, dużo odniesień do antyku, kultury śródziemnomorskiej. Ale były też "Guziki", z łatwo czytelnym kontekstem Katynia. Intuicyjnie wyczuwałem dojrzałość artysty świadomego sensu słów, których używa. W naszej pogłębiającej się znajomości następowały długie przerwy. Wyruszał w podróże do Francji, Włoch, Grecji. Tam znajdował źródła inspiracji. Przysyłał pocztówki zapisane drobnym, kaligraficznym maczkiem liter ozdobionych miniaturowymi rysuneczkami. Niefrasobliwe, kpiarskie i serdeczne. Owocami podróży były teksty drukowane w „Twórczości”. Eseje o malarstwie włoskiego renesansu, gotyckich katedrach, albigensach. Złożyły się na "Barbarzyńcę w ogrodzie". Silne wrażenie z lektury tej prozy nie tylko o sztuce, jeszcze o czymś więcej. Intensyfikacja naszej znajomości przypadła w latach siedemdziesiątych na forum Związku Literatów Polskich.




Źródło i ciąg dalszy: "Gazeta Polska Codziennie": TUTAJ.



2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie miałam aparatu ze sobą, no ale za rok utrwalę te obchody. Warto mieć swoją dokumentację:)

      Usuń

Drogi Czytelniku, dziękuję za pozostawienie komentarza. Niestety nie zawsze jestem w stanie szybko odpowiedzieć. Proszę zatem o cierpliwość.