Rowerowa wyprawa Kazimierza Nowaka przez Afrykę, którą podróżnik odbył w
latach 1931-1936, została na nowo odkryta dla współczesnych dzięki
książce Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Kto jeszcze nie czytał - dużo traci! Dziś jednak chcę zwrócić uwagę na inną książkę związaną z niezwykłym podróżnikiem przedwojennym. Niedługo w księgarniach ukażą się wyczekiwane przeze mnie listy Kazimierza Nowaka pisane do żony Marii w okresie od 4 listopada 1931
do 13 stycznia 1933 roku, a obejmujące jego podróż przez Libię, Egipt
i Sudan. Wydawca zdecydował się opublikować wszystkie listy, a zważywszy na ich
liczbę (1242), publikacja będzie liczyć łącznie aż cztery tomy.
Tomu pierwszego jeszcze nie mam, ale przeczytałam fragmenty dostępne na stronie wydawnictwa. Już na ich podstawie można stwierdzić, że będzie to rozkoszna lektura oraz że Kazimierz Nowak - na przykład - nie miał najlepszego zdania o autorze Afryki, kraju i ludzi, którego nazwał blagierem, a odnosi się, czego nietrudno się domyślić, do "afrykańskiej" części dorobku Ossendowskiego:
OUESSO nad rzeką SANGA
Kongo Franc. dnia 19 listop. 35.
(...)
I do tego poznałem prawdziwie Afrykę i piszę o niej tak, jak nikt dotychczas nie ośmielał się pisać, a wszyscy raczej szli szlakiem blagiera Ossendowskiego, który pisze że „słońce zabija” – tak mu mówili ci, co o tym słyszeli od tamtych znowu, a nikt nie doświadczył czy to prawda. (...)
19 października 2014
11 października 2014
Muza Claudela: Rosalie Ścibor-Rylska
Francuska badaczka życia i twórczości
Paula Claudela - pisarza nazwanego „pierwszym po Dantem poetą
chrześcijaństwa” - stworzyła fascynującą opowieść o bardzo pięknej,
wytwornej i dumnej Polce, która stała się femme inspiratrice,
czyli kobietą natchnioną i będącą natchnieniem. Muza Claudela była
uosobieniem charakterystycznego typu kobiety dla epoki, w której żyła.
Jednak opublikowana trzy lata temu we Francji, a w tym roku
przetłumaczona na język polski pasjonująca książka Thérèse Mourlevat to
nie tylko oparta na materiałach źródłowych biografia urodzonej w
Krakowie Rosalie Ścibor-Rylskiej (primo voto Vetch, secundo voto
Lintner) i niszczącej sile uczucia, które połączyło ją ze słynnym
francuskim poetą katolickim, ale także poniekąd o związkach między
Polską a Francją. Wydaje się, iż można wierzyć badaczce, że
pieczołowicie zrekonstruowała nieznany dotąd bliżej fragment biografii
Paula Claudela. We wstępie podkreśliła, że to, czego nie mogła
potwierdzić, nie znalazło się w książce. Mamy więc do czynienia z
solidną erratą do jego życiorysu. Jest to rodzaj literatury z
ograniczoną kreacją autorską, ale poruszającą najczulsze struny duszy.
Odtworzone przez Thérèse Mourlevat fakty były dotąd głęboko ukrytą
częścią życia nie tylko francuskiego poety, ale także wybranki jego
serca i całej jej dużej rodziny. Dramatyczne wydarzenia opisane w
książce były przez bardzo długi czas owiane tajemnicą. To sprawia, że
czytelnik może być momentami nawet zmieszany, poznając najintymniejsze
myśli, rozmowy i wydarzenia rodzinne, ale z drugiej strony trudno
oderwać się od bajronicznej w duchu historii miłosnej.
Niezwykle interesująca jest fabuła tworząca tło dla tego romansu. Ze
względu na to, że muza Claudela była naszą rodaczką, w dodatku kochającą
kraj swojego ojca, nie brakuje fascynujących wątków polskich (w książce
znajdziemy ciekawe opisy pobytu jej dwóch synów w Polsce). Francuska
autorka z dużym wyczuciem i znawstwem opisuje naszą rodzimą historię i
narodowe cechy Polaków. Te fragmenty mogą się okazać dla polskich
czytelników nawet bardziej interesujące od opisów burzliwego życia
Rosalie i jej dwóch małżeństw na tle przełomu XIX i XX wieku, a potem
wypadków wojennych i powojennych. Śledząc życie muzy Claudela,
przemierzamy niemal cały świat, od galicyjskiego Krakowa i Lwowa, przez
miasta południowo-zachodniej Francji, chińskie miasto Fuzhou, Brukselę,
Londyn, a nawet Seszele, by powrócić do Francji. Płyniemy ekskluzywnymi
statkami, zaglądamy do wnętrz francuskich domów i modnych sklepów, a
także konsulatów. Mnóstwo tu obyczajowego szczegółu, ale także realiów
życia na przełomie XIX wieku i XX wieku. Jest też poruszająca ludzka
historia – niełatwa miłość i trudne życiowe wybory.
Zgodnie z tytułem i podtytułem w książce króluje niepodzielnie
kobieta, obdarzona olśniewającą, słowiańską urodą z kraju Północy.
Rosalie miała delikatną cerę w odcieniu dzikiej róży, twarz, którą
ożywiały śmiech i rozmowa, sięgające do kostek, jasne niczym łany zbóż
włosy, zielone oczy, elegancką sylwetkę oraz pełen wdzięku chód.
Była córką Angielki Agnes Vetch oraz wielkiego polskiego patrioty i
emigranta Władysława Ścibor-Rylskiego. Rodzina Scibor-Rylskich słynęła z
tradycji patriotycznych. Wielu członków tej familii angażowało się w
działalność konspiracyjną, narodowowyzwoleńczą i nad odbudową kraju.
Ścibor-Rylscy byli rozsiani po wielu zakątkach dziewiętnastowiecznej
Europy. Jak pisze autorka biografii, Rosie powie kiedyś dzieciom, że
w dawnych czasach Rylscy mogli przemierzyć konno drogę z Białegostoku
na Ukrainę, nie opuszczając swoich włości. W Krakowie można
pospacerować jej śladami. W kościele Kapucynów widnieje tablica
uwieczniająca jednego z krewnych ojca Rosalie. Na cmentarzu Rakowickim
zaś warto poszukać tablicy upamiętniającej Władysława Ścibor-Rylskiego,
którego szczątki zostały na tę nekropolię przeniesione w 1923 roku, wraz
z prochami innych weteranów powstań narodowych z lat 1815-1863.
![]() |
| Tablica w kościele Kapucynów. Zdjęcie moje |
7 października 2014
Szerokie stepy i wysokie topole Ukrainy w powieści Ireny Bączkowskiej
[...] W XI wieku, […] przed tatarskim „igiem” […]
kraj ten był tak niesłychanie bujnie rozkwitający, pełen bizantyjskiego
bogactwa, bojarów i książąt, sokolników z sokołami na ręce i dojeżdżaczy z
psami na smyczy, białogłów w zawojach na głowie, dworów z cegły murowanych,
monasterów, życia, co kwitło pełnią, pieśniami układanymi przez rybałtów,
księgami pisanymi przez latopisów; a dziś pozostało jako ślad tylko parę
monasterów warownych, parę cerkwi i drobne, cienkie cegły wbudowane w stare
dwory, cerkwie i młyny, i głos niektórych pieśni i bylin, i słowa o Pułku
Igora, i bojarskie stroje bab - mleczarek z Zadnieprza, które - raz modę
prawieczną przyjąwszy - pozostały jej wierne przez długie, długie wieki. [...]
(Irena Bączkowska, Letnie noce. Opowieść o Ukrainie początku XX wieku, Veritas, Londyn 2005, s. 268)
Polska
literatura zakorzeniona jest w Kresach, tam urodziło się najwięcej
autorów, którzy kształtowali naszą wyobraźnię, tam też powstały
najcenniejsze dzieła. Do grona takich parających się piórem „kresowiaków”
należy zaliczyć Irenę Bączkowską. Jej powieść Letnie noce to epicka historia opowiadająca o losach mieszkańców polskich
zaścianków położonych na ziemiach nadniebrzańskich w latach 1900-1914. Przedstawiam
Wam urzekającą powieść zapomnianej polskiej pisarki rodem z Kijowa!
Powieść szybko
została doceniona i wyróżniona I nagrodą londyńskich „Wiadomości”. Walory
utworu dostrzegli między innymi Józef Mackiewicz i Jan Rostworowski. Irena
Bączkowska zadebiutowała opowiadaniem Kujawski
bal opublikowanym dziesięć lat wcześniej na łamach wspomnianego pisma.
Krytycy i czytelnicy od razu okrzyknęli autorkę objawieniem literackim na
emigracji. Kolejne opowiadanie - Droga do
Braiłowa - potwierdziło jej talent pisarski. Warto wspomnieć, że
opowiadaniami Ireny Bączkowskiej zachwycali się między innymi Melchior Wańkowicz i Stanisław Cat-Mackiewicz. Pierwsze
wydanie powieści, którą miałam niedawno przyjemność przeczytać, ukazało się w 1963 roku
pod tytułem Wróble noce. W ponownej
edycji, londyńskiej z 2005 roku, zmieniono tytuł na Letnie noce. Autorka przedmowy, Regina Wasiak-Taylor, nie wyjaśnia
jednak powodu tej zmiany. Wydaje mi się, że pierwotny tytuł trafniej oddaje
urodę powieści i brzmi bardziej poetycko.
Pisarka ukazuje codzienne życie polskiej społeczności mieszkającej w Koczorówce i Pszenorodzi; tylko czasami
przenosimy się do Kijowa albo Brusiłowa, gdzie mądrzy Żydzi […] mieszkają, światowi, kombinatorzy, międzynarodowi ludzie,
wszędzie swoich mają, po świecie całym. Galeria wykreowanych przez Bączkowską postaci cechuje się dużym zróżnicowaniem. Poznajemy przede wszystkim taką oto populację:
[...] Szlachta polska kresowa od
wieków tu osiadła, bogata, pyszna i barwna. Łby męskie - wielkie i uparte, karki trudne do zgięcia,
czoła szerokie, buta na twarzach, chociaż korzą się w tej chwili przed Bogiem.
Odważni są i szaleńczy, jakżeż zdolni i pracowici. Jakże pyszni w swym
„samodurstwie”, nieustępliwi i dufni w sobie. Ileż to krwi, ras i gatunków
złożyło się na tę szlachecką kombinację […] A jakżeż inny jest świat
pracowników i urzędników. To ludzie, co
przyszli przeważnie za chlebem z głębi Polski, sublaponoidzi lub typ dynarski -
śródziemnomorski; ludzie znacznie drobniejsi i delikatniejsi w budowie,
eleganccy i wiotcy, sentymentalni i szemrzący z lekka w mowie, jak zwiewna nuta
kujawiaka […] (s. 227-229).
W położonym w Koczorówce szlacheckim dworze, w którym straszy zmarły dziadek Fredzio ("wariat, muzyk, szaleniec, dziwak i esteta"), mieszka Ariana, zwracająca uwagę swoją osobliwością nastolatka, lubiąca łazić po dachach i plewić buraki, wraz z matką i francuską guwernantką Luisą, którą gorące serce wygnało
z dalekiej, południowym słońcem rozgrzanej, Prowancji, od zapachu winogron i
gorącej oliwy, od szarych, oliwkowych drzew i szarawych winnic, od łapacatych o
dwukolorowym pniu platanów - do szerokich stepów i wysokich topoli Ukrainy. Poznajemy też Katerinę, córkę lokaja, która swego czasu służyła u dwóch hrabin, ale właśnie zaczyna pracę u nowej pani - młodej i nabożnej, która sporo dzieci chowa, szkółki i ochronki dla dzieci wiejskich zakłada. Nielekkie i pracowite życie ma Klimowa - żona lubiącego zaglądać do butli z gorzałką chłopa i matka dwanaściorga dzieci. Zmarniała i wyczerpana kobieta umiera nagle, przy pieczeniu chleba, tuż po porodzie kolejnego dziecka. A tymczasem w sąsiedniej Pszenorodzi żyje sobie w pałacu bez większych trosk, stale przyciągając mężczyzn swym zewnętrznym powabem i szaloną dezynwolturą, pięć córek hrabiny "Riepusze" ("wymawiaj z francuska" - radzi snujący opowieść wszechwiedzący narrator), jak panią Melę przezwała Grey - studentka z Krakowa. Wszystkie damy na leniwym życiu wyhodowane - wytworne kobiety tego kraju.
18 września 2014
O nowym projekcie czytelniczym i moje lekturowe TOP...11:)
Kresy… Bogate, stare piękne słowo. Jest w nim obszar i
przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher
stepowy. Dla każdego z tamtej strony zawiera w sobie treść ojczystej ziemi, jej
barwę, kształty i woń.
(Zofia Kossak-Szczucka: Pożoga)
Blog już zmobilizował mnie do sięgnięcia po książki, które dawno temu obiecywałam sobie przeczytać w związku tematyką kresową, więc wkrótce Was zaskoczę.
16 września 2014
O dziewczynie z okładki książki Barbary Wachowicz
Minęło już tyle lat, a mnie wciąż trudno uwierzyć, że jej nie ma, tej
mojej siostry i Przyjaciółki. Wciąż ogarnia mnie wzruszenie i żal. Tak
mi brak spojrzenia jej dobrych oczu i krzepiących słów. Była wspaniałą
siostrą i córką, doskonałą uczennicą, zapaloną harcerką. Chciała
kształtować pięknie i mądrze swoje życie, pokonywać trudności z hartem,
nieść pomoc, cieszyć się szczęściem życia.Tak napisała do Barbary Wachowicz Irena Daniszewska-Froelich - siostra Lidii Daniszewskiej, ps. Lidka, umawiając się z pisarką na wspomnienia o tej ślicznej dziewczynie, której rocznica śmierci dziś mija. Zginęła 16 września na Czerniakowie, nad Wisłą. Miała 21 lat. W domu nazywano ją Lili. Była utalentowana muzycznie, ale chciała zostać chirurgiem. Podczas okupacji hitlerowskiej studiowała medycynę na tajnych kompletach. Naukę próbowała pogodzić z małym sabotażem, szkoleniem wojskowym, pracą w drużynach Szarych Szeregów i zarobkową pomocą rodzicom. Pierwszego dnia zrywu warszawskiego wstąpiła w szeregi powstańcze i została łączniczką oraz sanitariuszką w plutonie "Felek" kompanii "Rudy" batalionu "Zośka" (kompanią "Rudy" dowodził Andrzej Romocki "Morro", żartobliwie zwany Amorkiem). Wspomina jej siostra, Irena Daniszewska-Froelich:
[...] Czasem pozwalałyśmy sobie na moment wytchnienia. Lili śpiewała, grała Chopina.
Czy umiała posługiwać się bronią? Tak. Czy kiedykolwiek jej użyła. Nie!!! Powiedziała mi: - Nigdy nie mogłabym strzelić nie tylko do człowieka, ale do żadnego stworzenia.
Ostatni raz widziałam ją już biegnącą - 1 sierpnia 1944. Dźwigała jak zawsze wypchaną torbę-apteczkę. - Isiulu! Ja już idę... Czekają... Trzymaj się! - Uściskała mnie. I pobiegła.
W dniach 30 i 31 sierpnia uczestniczyła w przebiciu ze Starego Miasta do Śródmieścia przez Ogród Saski. We wrześniu opatrywała rany Andrzeja Romockiego (ps. "Morro") w kościele św. Antoniego z Padwy (ul. Senatorska 31).
Poległa 16 września 1944 roku, na drugi dzień śmierci Andrzeja "Morro", w rejonie ul. Wilanowskiej 1 (Solec na Czerniakowie), niosąc pożywienie głodnym kolegom, którzy leżeli w piwnicach.
Dwukrotnie odznaczona Krzyżem Walecznych. Pochowana w kwaterach żołnierzy i sanitariuszek batalionu "Zośka" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Mąż jej ukochanej siostry dedykował Lidce wiersz Pochód dziewcząt:
Szła dziewczyna kolorowa, śliczna
Szła dziewczyna polska, pszeniczna.
Szła jak w piosence - do strumienia.
I pytała dziewczyna wody - czy się zmienia,
czy mija krasa urody...
Wszystkie cytaty pochodzą z przejmującej książki Barbary Wachowicz. Pisałam o niej TUTAJ.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





