13 lutego 2013
10 lutego 2013
10 lutego - rocznica pierwszej deportacji na Sybir
Józefa Białowąs-Śnieżawska, deportowana ze Stójła w woj.
wołyńskim:
Przyszli w nocy, walili kolbami do drzwi, kazali wstawać,
ubierać się, mówili, że wiozą do ojca. Wobec odmowy przez mamę, że nie
pojedziemy, enkawudzista krzyczał, że nas pozabija. Postawił nas pod ścianę,
przystawił rewolwer do głów, jeszcze do dziś czuję na czole jeżdżący rewolwer i
słyszę nasz głośny płacz. Kazali jechać tak jak stoimy. Mama zdążyła wziąć, co
było pod ręką, a z nocy tej zrobiło się południe. Sąsiedzi pośpieszyli nam z
pomocą, przynosząc chleb i inne produkty.
Naszej rozpaczy nie było granic. Załadowano nas na furmanki
i zawieziono na stację [w pobliskim] Zdołbunowie, wepchnięto do bydlęcych
wagonów. Ludzi tu już było bardzo dużo i dowozili wciąż nowych. W wagonach było
ciasno i tłoczno, wszyscy płakali. Wokół wagonów było dużo żołnierzy
krasnoarmiejców w tych czapach z kikutami. Tak bardzo się ich bałam…
Okna bydlęcego wagonu były zakratowane, drzwi zamknięte i
zadrutowane. Przy każdym stał żołnierz-krasnoarmiejec w długim szynelu. Pociąg
był bardzo długi. Sprawy fizjologiczne załatwiano do dziury wyciętej w podłodze
wagonu. Panował niesamowity fetor i duchota. Pamiętam stale płaczącą moją mamę.
Jechaliśmy bardzo długo, miesiąc, a może i więcej. Po drodze
umierali ludzie, wyrzucani byli przez drzwi wagonu. Mama starała się odwrócić
naszą uwagę, byśmy nie oglądali tak potwornych widoków, mimo to gdzieś przez szczelinę
miedzy ludźmi widziałam już nieżyjących.
Stójło, Zdołbunów, luty 1940
Źródło: Wspomnienia Sybiraków t.5, Warszawa 1991
8 lutego 2013
Krakowski pejzaż zimowy i takie tam rozmaitości...
5 lutego 2013
Klasyka:)
W roku 1829 siedmioletni Henryk otrzymał na Gwiazdkę Historię powszechną Jerrera, wspaniałą księgę, ozdobioną całostronicowymi reprodukcjami stalorytowymi. Główka chłopca z bujną czupryną pochyliła się w wielkim skupieniu nad obrazkiem, przedstawiającym płonącą Troję, z której uchodził Eneasz ze zniedołężniałym ojcem - Anchizesem na plecach. I oto posłuchajmy, jak wspomina tę chwilę sam Henryk w swojej książce Ilion:
(Z. Kosidowski, Gdy słońce było bogiem, Iskry, Warszawa 2012)
Gdy słońce było bogiem
Zenona Kosidowskiego można śmiało ochrzcić mianem książki kultowej, gdyż
wychowało się na niej kilka pokoleń czytelników, na co zwraca uwagę Zdzisław
Skrok we wstępie do pierwszej polskiej powieści archeologicznej. I nie
ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Wielu Polaków ze starszej generacji z
rozrzewnieniem wspomina swoje niezwykłe doświadczenie lekturowe związane z
publikacją, która powstała w okresie stalinowskiej opresji. Ale nawet dziś, dla
młodszych wiekiem czytelników, obcowanie z tą książką może być fascynującą
przygodą i rozbudzić pragnienie wyruszenia w świat w poszukiwaniu zasypanych
piaskiem nierozpoznanych jeszcze miejsc czy przedmiotów, jak to uczynili
opisani przez Kosidowskiego bohaterowie jego barwnych historii.
Nie wypada nie znać tej
pierwszej w swojej dziedzinie książki, podobnie zresztą jak innych, zaliczanych
do powojennej literatury polskiej. Opowieści Kosidowskiego olśniewają urodą i
rozpalają wyobraźnię. Z wypiekami na twarzy śledzi się losy największych
dziewiętnastowiecznych archeologów i towarzyszy im w jawiących się w ich
czasach jako szaleńcze, ale w końcu zakończonych jednak sukcesem wojaży do
egzotycznych krajów. Większość przedstawionych przez autora odkrywców wyruszało
w świat pod wpływem dziecięcych lektur, a zrodzone w najwcześniejszych latach
życia śmiałe marzenia chcieli zrealizować za wszelką cenę, nie bacząc na
rozmaite przeszkody. W tym kontekście książkę Kosidowskiego można nawet
traktować nie tylko jako powieść archeologiczną, lecz także jako hymn na cześć
fantastów-marzycieli, do których większość z nas może siebie zaliczyć. Niektóre
z zamieszczonych w publikacji historii traktują bowiem o sile marzenia i
imaginacji, o upartym dążeniu do urzeczywistnienia swoich pragnień.
4 lutego 2013
Herbert o sobie i wartościach
Zagłębiam się teraz (długo, bo to duża objętościowo książka) w szkicach Bohdana Urbankowskiego o Herbercie, a także w wierszach poety. Przeszukuję też zasoby internetu i ku mojemu zdziwieniu można w sieci znaleźć mnóstwo niezwykle ciekawych materiałów (w różnej formie) o Księciu Poetów. Spośród owych znalezisk największe wrażenie wywarł na mnie fragment wywiadu, jakiego Herbert udzielił w 1972 roku. Można go potraktować jako swoisty dekalog poety, który zawsze starał się pozostać wierny wymienionym w tej rozmowie wartościom:
W młodości, w zależności od
okresu studiowania, byłem wyznawcą Platona, zwolennikiem Kartezjusza i Pascala.
Później zacząłem orientować się na postawy ludzkie, na coś, co nazwałbym
spotkaniem z człowiekiem. Uważam się za pisarza "średniego lotu", ale
z niewygasłą młodzieńczą wolą doskonalenia się i dochowania wierności ideałom
dość już dzisiaj archaicznym. Spróbuję ująć w punktach to, co stanowi dla mnie
jakiś wyznacznik postępowania, ideał, do którego jeszcze nie doszedłem:
1. Być otwartym, to znaczy ciekawym świata,
zdolnym do zmiany własnych poglądów, jeżeli fakty świadczą na korzyść innych.
Nie ma to nic wspólnego z konformizmem, lecz jest wewnętrzną gościnnością dla
każdej innej, ważnej, sprawdzonej z życiem racji.
2. Zasada podważalności własnych przekonań. Jest to zasada wewnętrznego
dialogu i dialektycznego napięcia między racją głoszoną a racją, która temu
zaprzecza. Stąd moja skłonność do form dramatycznych. Wszystko jest dramatem,
zawsze trwa walka dwu lub więcej racji.
3. Nie należy dążyć do tego, by wszystko w
sobie wyjaśniać. To, co się pisze, powinno być wyrazem naszych wewnętrznych
sprzeczności, gdyż człowiek jest mieszaniną spokoju i niepokoju, pewności i
wątpliwości.
4. Zasada odwagi - bardzo istotna w życiu i twórczości. Pisanie jest
próbą zmierzenia się ze światem, z otoczeniem, a to, że się myśli niezależnie,
jest pewnym aktem odwagi.
5. Związana z poprzednią - zasada
nieulegania modom i poglądom powszechnie przyjętym. Jest to zasada moralna i
"higieniczna": pływanie pod prąd bardzo wyrabia mięśnie.
6. Wybieranie tego, co do
zdobycia jest trudniejsze.
7. Pewna pokora wobec życia i
wobec przeróżnych fenomenów świata. Uznanie, że coś większe ode mnie - to
doskonałe lekarstwo na megalomanię.
8. Zasada cierpliwości: w sztuce, jak i w
życiu, zwyciężają tylko cierpliwi. Nie można liczyć na natychmiastowy sukces.
Nie lubię przegrywać, ale nauczyłem się - to większa sztuka niż wygrywanie.
Zawód artysty można porównać z pracą
alchemików. Pracuję nad szkicem, w którym staram się udowodnić, że alchemikom
chodziło nie tylko o sam efekt końcowy wyprodukowania złota, ale również ważna,
jeśli nie najważniejsza, była kontemplacja, cierpliwe, pełne żarliwości
oczekiwanie, dyscyplina duchowa. To w nich samych wytapiało się złoto, odbywała
się cudowna transmutacja elementów.
Czym byłby świat ...
rozmowa ze Zbigniewem
Herbertem
Rozmawiała Halina Murza
Stankiewicz. " Wiadomości" [Wrocław] 1972, nr 20
Subskrybuj:
Posty (Atom)








