Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Wyspiański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Wyspiański. Pokaż wszystkie posty

24 listopada 2013

Osadzanie chochoła


Patrz pan różę na ogrodzie
owitą w chochoł ze słomy;

przed tą pałubą słomianą

poskarżę się mej poezji;

wyznam, jakich się herezji

nasłuchałam;

jak się jęto kąsać, gryźć

mnie, com przyszła zakochana! —

Zmówię chochoł, każę przyść

do izb, na wesele, tu —

może uwierzycie mu,

że prawda, co mówi Rachela.

Po warsztatach, o których napiszę w osobnym poście, podjechałam tramwajem do Bronowic na święto osadzania chochoła w 113 rocznicę słynnego wesela. Oto moja relacja fotograficzna.

Pani w stroju krakowskim zdążająca do Rydlówki ulicą Włodzimierza Tetmajera



Gromadka dzieci w strojach krakowskich czeka na rozpoczęcie imprezy


Potomkowie Jadwigi Mikołajczykówny i Lucjana Rydla witają licznie przybyłych mieszkańców Krakowa i oczywiście Bronowic
Myśmy lecieli

na lep poezji — i teraz

dwór się od poezji trzęsie;

odbywa się wielkie darcie

piór wszelijakiego drobiu:

grunwaldzkie duchowe starcie,

lecą pióra orle, pawie, gęsie,

wnet ujrzymy husarię i króla;

zatrzęsło sie tu ze wszech jak do ula.
Przed osadzeniem chochoła uczniowie z miejscowej szkoły recytowali fragmenty dzieła Wyspiańskiego, a robili to wspaniale!

Ujrzę panią rad,
błądzącą przez mroczny sad,
niby zakochaną i błędną,
pół dziewicą, pół aniołem,
pochyloną nad chochołem,
jakby z obrazu Bern–Dżonsa —
gdy ja będę w cieple stać.

Zaprośże tego chochoła;
tam za oknem skrył się w sad.

Cha cha cha — cha cha cha,
przyjdź, chochole,
na Wesele,
zapraszam cię ja, pan młody,
wraz na gody
do gospody!

Osadzanie chochoła przy dźwiękach kapeli

Dziewczynka tańcząca wraz z innymi dziećmi wokół chochoła

Jan Rydel, prawnuk Lucjana Rydla, rozmawia z lokalnymi mediami tuż po osadzeniu chochoła

Chochoł albo chachoł to powtarzający się motyw u Wyspiańskiego; występuje np. w obrazie (pastelu) Chochoły już w 1898 r., także w Nocy listopadowej (1904) mowa jest o „krzewach w słomianej uwięzi”. Słownik języka polskiego, tzw. warszawski, z 1900 r. objaśniał, podając formy oboczne: chochoł, chachoł etc.: „a) wierzch spiczasto okrągły, wierzchołek spiczasto wypukły […]; b) najwyższy snop w mendlu […] (snop rozczapierzony i opuszczony w okap, niby daszek); c) snopek przykrywający ul […]; c) okrycie słomiane, używane przez pasterzy w polu” i inne. Znaczenie, w jakim wyrazu używa Wyspiański, było, jak się okazuje, opracowującym Słownik (przed Weselem) nieznane.

Na święcie osadzania chochoła można było zobaczyć jednego z najstarszych mieszkańców Bronowic, który z tej okazji wdział ludowy strój krakowski


Krótkie wideo można obejrzeć TUTAJ

18 listopada 2013

Opowieść o życiu w Kręgu Młodej Polski

W odniesieniu do pewnych książek lubię czasem używać słowa "zacna", mimo że przymiotnik pasuje bardziej do scharakteryzowania człowieka, a nie przedmiotu. Dawniej używało się określenia "przezacny", np. ród czy gość. W moim przekonaniu na takie miano zasługują wspomnienia Marii Rydlowej - wdowy po Jacku Rydlu, wnuku Pana Młodego. Przezacna to książka! Moje Bronowice, mój Kraków to nie tylko kolejne cenne cracoviana czy pełne szlachetnej prostoty wspomnienia przybierające momentami charakter wypominek stworzonych w stylu Joanny Siedleckiej (to nie zarzut, wręcz przeciwnie!). Są to wypominki nawet znacznie wiarygodniejsze, bo z pierwszego, pierwotnego źródła! Jednak mamy przede wszystkim do czynienia, choć zabrzmi to być może zbyt patetycznie, z niezwykłym świadectwem pamiętnikarskim nasyconym najpiękniejszymi wartościami, m.in. miłością do ojczyzny oraz polskiej literatury. Książka Marii z Trąbków Rydlowej do tego stopnia mnie poruszyła, że sięgnęłam po dawną moją lekturę obowiązkową zarówno w liceum, jak i na studiach. Ponownie przeczytałam Wesele!

Autorka spisała swoje wspomnienia na poddaszu Rydlówki, którą opiekuje się od prawie dwudziestu lat. Wraca do dzieciństwa spędzonego w przedwojennych Bronowicach Małych, opowiada o swojej wczesnej młodości, która przypadła na złowrogi czas drugiej wojny światowej, wskrzesza atmosferę, w jakiej narodził się dramat Wesele, portretuje dwie niezwykłe kobiety, które doskonale znała osobiście, a które upamiętnił w swoim dziele Wyspiański, czyli Józefę Singer (Rachelę) i Anne Rydlównę (Haneczkę). Razem z nastoletnią Marią Trabkową bywamy w słynnym  bronowickim dworku w czasie okupacji. Poznajemy obyczaje ludu bronowickiego. Przemierzamy także Kraków okresu stalinizmu i późniejszych lat, nie tak znowu odległych... Nostalgiczne obrazy z przeszłości swojej i ludzi, których los postawił p. Marii na drodze, okraszone są uroczymi anegdotami o rodzinach Tetmajerów i Rydlów, np. ta o solniczce należącej do karczmarza, którą miał ponoć, ku jego oburzeniu,  zabrać ze sobą marszałek Foch goszczący u Tetmajerów po wojnie polsko-bolszewickiej. Nie będę historyjek przytaczać, aby nie odbierać wam przyjemności lektury. Niektóre z nich opowiadałam koleżance w pracy. Z racji wykonywanego przeze mnie zawodu smaczkiem były opowieści związane z redagowaniem tekstów czy książek. Maria Rydlowa przez wiele lat wykonywała bowiem ten sam zawód, co ja, więc śmiem stwierdzić, że nić porozumienia z pewnością między nami by się zawiązała. Zna wszystkie blaski i cienie tego fachu. Gdy pracowała jako korektorka w "Dzienniku Polskim", jedna literówka kosztowała ją utratę pracy (ale nie do końca z jej winy). Na szczęście tylko na tym się skończyło, biorąc pod uwagę, że było to  w najgorszym okresie terroru komunistycznego, gdyż wiadome organy mogły uznać ów błąd językowy za polityczny. Zamiast "Niech żyje pokój między narodami", wydrukowano "Nie żyje pokój między narodami". Później jako redaktorka pracowała w Wydawnictwie Literackim i wspomina, jak po pracy koleżanki i koledzy nie rozchodzili się pośpiesznie do domów, tylko zostawali jakiś czas, by pobawić się w chowanego. O tempora, o mores!

 Niezmiernie ciekawe historie przywołuje z pamięci wdowa po wnuku młodopolskiego poety i dramatopisarza Jacka Rydla. Poruszające są choćby fragmenty o służbie w Armii Krajowej. Skrupulatnie zaznaczałam wszystkie adresy krakowskie podane przez autorkę i mam zamiar stworzyć swoistą mapę Krakowa z okresu wojennego i powojennego. Książka może posłużyć jako doskonały przewodnik po Bronowicach, gdy zechcemy wybrać się do tej dawnej podkrakowskiej wsi, dziś części Krakowa, ale dla Marii Rydlowej, jak napisała, Bronowice Małe są nadal i na zawsze pozostaną wsią. Z dawnego uroku, jak ubolewa, niewiele pozostało (władze Krakowa walnie się do tego przyczyniły - o tym w książce nie ma mowy, ale nutka żalu przebija z kart książki i z wywiadów, które udzieliła, wiem, że tak uważa) do tego stopnia, że gdy syn Żyda karczmarza, Michał Borwicz, przyjechał po wielu latach pobytu we Francji odwiedzić "kraj lat dziecinnych",  przeżył wstrząs

Abstrahując od tego, chcę podkreślić, że Moje Bronowice, mój Kraków to cudna książka! Nie tylko każdy polonista powinien ją mieć w bibliotece domowej i polecać ją uczniom przy omawianiu Wesela, chyba że dramatu nie ma już na liście lektur szkolnych... Nie tylko każdy wielbiciel cracovianów, ale po prostu każdy Polak powinien ją przeczytać! Amen!