Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia Polski. Pokaż wszystkie posty

7 stycznia 2018

"Mały kamyczek na drodze życia potrafi zmienić jego bieg..." Wspomnienia Haliny Glińskiej, ukochanej legendarnego Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"




O Boże, Tadeusz! Moja pierwsza wielka miłość! Nie mogłam zasnąć. Wszystko, co nas łączyło, stanęło mi przed oczami. Jaki on był przystojny, męski i powściągliwy. Nie należał do mężczyzn paplających o miłości. [...]
Młody, piękny, mężny i szlachetny. Tadeusz był młodszym bratem Hanki Zawadzkiej, mojej drużynowej. Nie potrafiłabym powiedzieć, kiedy właściwie zaczęliśmy się spotykać. [...]


("Zośka” – moja wielka miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej spisały Dorota Majewska i Aleksandra Prykowska-Malec, MUZA, Warszawa 2017)

Piękna, krzepiąca i cenna książka! O dużym ładunku emocji. Chwała Autorkom, że spisały fascynujące wspomnienia Haliny Glińskiej - niezwykłej damy, dzielnej Polki, wielkiej patriotki. Opowiedziane przez nią historie i reminiscencje ukazują wszystkie barwy niezwykłego życia tych, którzy wierni byli Braterstwu i Służbie. Tym razem otrzymujemy niepowtarzalną okazję spojrzenia na „Druhów spod Arsenału” oczami dziewczyny jednego z nich, czyli Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”. Panią jego serca była bowiem Halina Glińska.

Obok wielotomowego cyklu Barbary Wachowicz „Wierna Rzeka Harcerstwa” jest to kolejna potrzebna publikacja - niosąca płomień pamięci z wiarą, iż spełni nadzieję poległych, wyrażoną w wierszu ich kolegi z ławy szkolnej w Liceum im. Stefana Batorego, żołnierza plutonu „Alek”, kompanii „Rudy”, Batalionu „Zośka” - Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który o swym pokoleniu powiedział: „Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć!”. Czy potrafimy pięknie żyć w wolnej Polsce, o którą tak heroicznie walczyli? Nie sposób uciec od tego rodzaju refleksji w trakcie lektury tej publikacji.


19 września 2017

O bohaterstwie Antoniny i Jana Żabińskich - przywracanie pamięci



Losy Żabińskich zapisały się niejako między wierszami historii przez duże H, jak to czasami bywa z aktami niezwykłej ofiarności. W okupowanej Polsce czasu wojny nawet podanie spragnionemu Żydowi kubka wody podlegało karze śmierci, tym bardziej ich bohaterstwo zadziwia i zasługuje na upamiętnienie.

(Diane Ackerman, Od autorki, w: Azyl. Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, przeł. Olga Zienkiewicz, Świat Książki, Warszawa 2017).


W 2007 amerykańska pisarka Diane Ackerman opublikowała książkę The Zookeeper’s Wife („Żona dyrektora zoo”) opartą na pamiętnikach Antoniny Żabińskiej pt. Ludzie i zwierzęta. W 2009 roku w wydawnictwie Świat Książki ukazał się polski przekład pod tytułem Azyl. To właśnie ta książka stała się podstawą scenariusza zrealizowanego filmu. Filmu, który przyniósł Żabińskim zasłużoną, choć pośmiertną sławę. A oni – cisi bohaterowie – być może oddadzą Polsce jeszcze jedną przysługę, niszcząc w świecie tak fatalnie ugruntowany przez Jana Grossa stereotyp Polaka antysemity. Mam głęboką nadzieję, że tak się stanie (filmu nie oglądałam, ale może uda mi się obejrzeć na DVD). To był jeden z tych niezwykłych dowodów niezłomności oraz walki o godność w najskrajniejszych warunkach, o którym warto mówić, pisać, który warto przypominać. Szkoda tylko, że film zrobili Amerykanie, a nie Polacy. Chociaż w zasadzie nie ma w tym nic złego. Z całą pewnością cieszyłaby jednak koprodukcja ze zdjęciami realizowanymi w naszym kraju. Azyl Niki Caro powstał w czeskiej Pradze, a przecież warszawskie zoo to gotowy plener, z willą Żabińskich w niemal niezmienionym stanie! Biorąc pod uwagę kwestię czysto kinematograficzną, trudno nie czuć żalu. Cieszy natomiast fakt opowiedzenia tej historii. Ktoś musiał i powinien. Nie zapominajmy jednak o książce, na kanwie której powstał ten film.

18 września 2017

"Tadeusz Kościuszko w Ojczyźnie, Ameryce, Szwajcarii" to zwarta historia miłosna...



[…] zamiast chciwie spoglądać w przyszłość, upatrując kolejnych źródeł bogactwa i sławy, potrzebna jest chwila refleksji, spojrzenia w karty historii, gdzie wyraźnie odznacza się Twoja postać, Wodzu, reprezentująca cechy uczciwego człowieka […]. (Fragment listu do Tadeusza Kościuszki Justyny Morawiec, uczennicy Liceum im. T. Kościuszki w Krakowie, 2011, podaję za: Barbara Wachowicz, Tadeusz Kościuszko w Ojczyźnie, Ameryce, Szwajcarii, Oficyna Wydawnicza „Rytm”, Warszawa 2017, s. 469)


To już druga książka Barbary Wachowicz o Tadeuszu Kościuszce, znów potrzebna (nie tylko ze względu na obchodzony właśnie Rok Kościuszki) i – co dziś bardzo ważne – przyjazna czytelnikowi. Z tego zgrabnie ułożonego i inteligentnie skomentowanego zestawu faktów wyłania się pasjonujący konterfekt Tadeusza Kościuszki − wielkiego Polaka, obywatela Ameryki i Europy, ale także człowieka idei i działania, który służbie wolności poświęcił całe życie. Pisarka ukazuje zarówno znane, jak i nieznane momenty z jego biografii, genialne dokonania inżynieryjne, zwycięskie i przegrane bitwy, ideologię, której hołdował, miłości i pasje, którym się oddawał, a także przejawy pamięci, która pozostała o tym wyjątkowym człowieku zarówno nie tylko Polsce, lecz także w Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii i Francji.

Tadeusz Kościuszko – jeden z bohaterów wojny o niepodległość amerykańskich kolonii, Naczelnik insurekcji z 1794 roku – do dziś pozostaje jednym z najlepiej rozpoznawalnych Polaków w historii Europy i Stanów Zjednoczonych. Już za życia uznany za bohatera i męczennika sprawy wolności, stał się jedną z kluczowych postaci ówczesnej zbiorowej wyobraźni nie tylko Polaków, ale także europejskich i amerykańskich elit politycznych oraz intelektualnych. Na wdzięcznych rycinach z epoki, o które jest licznie wzbogacona najnowsza książka Barbary Wachowicz (naprawdę warto im się przyjrzeć i polubić ich formy!), przedstawiano go potomnym w rozmaitych rolach, pozach i kostiumach, nawet z wąsami, których nigdy nie nosił! Nasz dzielny Naczelnik, którego już za życia wielbiono i hołubiono, stał się swoistym mitem Polaków i Amerykanów. Tym bardziej warto o nim poczytać, warto mu się przyjrzeć bliżej, a przede wszystkim – odmitologizować i udomowić go, bo jeśli na serio chcemy pamiętać o naszej historii, to jej wielkie figury powinny jak najczęściej nawiedzać nasze domowe biblioteki, naszą wyobraźnię i myśli.

17 września 2017

"Bo my nie błagamy o wolność, my o nią walczymy" - gen. Witold Urbanowicz





23 września YouTube zablokował film na oficjalnym kanale IPN!  Publikuję zatem film z innego profilu.


W 78. rocznicą agresji ZSRS na Polskę

Pamiętamy!



Instytut Pamięci Narodowej, studio kreatywne Fish Ladder i firma Juice przedstawiają “Niezwyciężonych” - animowany film pokazujący walkę Polaków o wolność, od pierwszego dnia II wojny światowej, aż do upadku komunizmu w Europie w 1989 roku. Narratorem angielskiej wersji filmu jest brytyjski aktor Sean Bean, a polskiej Mirosław Zbrojewicz.



Film prezentowany jest w trzech wersjach językowych - angielskiej, polskiej i rosyjskiej. Dostępny jest na stronach: www.theunconquered-movie.com, http://www.niezwyciezeni.ipn.gov.pl/, www.niezwyciezeni-film.pl.







The Institute of National Remembrance, Fish Ladder and Juice present “The Unconquered” – an animated film that shows the fight of Poles for freedom, from the first day of World War II to the fall of communism in 1989. English narrator - Sean Bean, Polish - Mirosław Zbrojewicz.




The film is presented in three languages – English, Polish, and Russian. It is available on the following sites: www.theunconquered-movie.com, http://www.niezwyciezeni.ipn.gov.pl/, www.niezwyciezeni-film.pl.




Zbigniew Herbert

17 IX

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść

Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu

Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory

A potem tak jak zawsze – łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy – sami

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą – i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu – odpuszczania win

16 września 2017

Zaproszenie do lektury

We wrześniowym numerze "Listu do Pani" przedstawiam - na kanwie niezwykłej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm - sylwetkę Cezarii Iljin-Szymańskiej, "Kaji od Radosława", która uczestnicząc w największych zawirowaniach historii dwudziestowiecznej, nigdy nie straciła nadziei i pogody ducha. Miło mi zaprosić do nabycia czasopisma i lektury!

Miesięcznik można zamówić poprzez prenumeratę na stronie: http://listdopani.pl/

18 czerwca 2017

"Lecz myśl wolna i nie zna kajdanów, poprzez góry i morza ulata"




 Listopad… już kir czarny z zachodu roztacza śnieżyce
Nikną gwiazdy jedna za drugą, znikła tarcza promienna księżyca
Zabłąkane daleko na stepie pośród jęku, zamieci i wycia…
Tak daleko od progów ojczystych, od radości uśmiechu i życia
Wolniuteńko stąpają wołki bure, kołchozowe, robocze
Arba skrzypi i wolno po zamarzniętej tej ziemi chybocze
Przytulone do siebie jedziemy połączone węzłami niedoli
Łzy nas dławią gorące. Łzy poniżeń, cierpienia, niewoli
Lecz myśl wolna i nie zna kajdanów, poprzez góry i morza ulata
Leci w kraj daleki, nieznany z pozdrowieniem dla syna i brata.

Regina Szablowska-Lutyńska, Z Mizocza do Kazachstanu [w:] Marek A. Koprowski, Dziewczyny kresowe, Replika, Warszawa 2017, s. 74-75.


Ten poruszający wiersz na pamiątkę zaćmienia księżyca, które nastąpiło w nocy z 4 na 5 listopada 1941 roku, ułożyła trzynasto- lub czternastoletnia dziewczynka i jej matka, rzucone wraz z dziadkami w kazachstańskie stepy. Mała Regina dzień po dniu notowała w swoim pamiętniku najważniejsze wydarzenia. Dzięki temu jego autorka po wielu latach mogła ze szczegółami odtworzyć swoje wojenne, w tym zesłańcze losy. Z opowieścią o zdarzeniach, których była świadkiem, możemy zapoznać się, sięgając po książkę historyka Marka A. Koprowskiego pt. Dziewczyny kresowe, będącej zbiorem dziewięciu przejmujących opowieści Polek urodzonych nie tylko na dawnych Kresach Rzeczpospolitej: Wołyniu, Wileńszczyźnie, Żytomierszczyźnie, Kijowszczyźnie, Podolu, lecz także na Dalekim Wschodzie: nad Morzem Czarnym (Odessie), Morzem Japońskim  (we Władywostoku) oraz w Mołdawii (w Bielcach), a więc z dziada i pradziada mających kresowe korzenie.

Każda taka publikacja poszerza „ogród pamięci”, jak to ujmuję. W ten sposób pamięć o ofiarach represji sowieckiego aparatu terroru przetrwa aż do następnych pokoleń. Jak powiedziała autorowi książki Regina Szablowska-Lutyńska, należy mieć nadzieję, że następne pokolenia będą potrafiły utrwalić pamięć o bezpowrotnie minionej przeszłości, o dawnych społeczeństwach, które przestały istnieć na Kresach w wyniku okrutnych trybów historii.

4 maja 2017

"Ścieżki życia" Feliksa Trusiewicza - harcerza, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej i pisarza




Ścieżki mojego życia to napisana przepiękną polszczyzną kresową autobiografia - urodzonego u zarania niepodległości Drugiej Rzeczpospolitej - wybitnego Polaka, przez całe życie wiernego trzem wartościom: Bóg, honor i Ojczyzna, harcerza, kolejnego zasługującego na odznaczenie Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej, mechanika samolotowego, mającego na swoim koncie wiele osiągnięć inżyniera, debiutującego w późnym wieku obiecującego pisarza, a także męża, ojca i dziadka.

Ścieżki mojego życia to cenny dokument historyczny, to bowiem charakterystyka kawału polskiej historii rozgrywającej się przez cały XX wiek, ale także zapis obserwacji rzeczywistości dzisiejszej, postnowoczesnej. Jej siłą są rzeczowość, pokora, powściągliwość ocen, szczerość opowiadania. W tej autobiograficznej książce znajdziemy także swego rodzaju pamiętnik z okresu dojrzewania i lat edukacji kolejno w Łucku, Klewaniu, Kołkach i znów w Klewaniu (nie brakuje interesujących anegdot dotyczących szkolnych przygód, kolegów Żydów i Ukraińców oraz nauczycieli), a także subtelną, zapisaną między wierszami historię rodzącego się uczucia do przyszłej żony Wiesławy. Ponadto z ogromnym pietyzmem Feliks Trusiewicz odtworzył topografię swojego domu i gospodarstwa, obyczaje i codzienne życie ludzi zamieszkujących Wołyń przed drugą wojną światową, szczególnie jego rodzinną wieś Obórki i okolice. Z czułością i miłością sportretował swojego przedwcześnie zmarłego ojca, macochę, rodzeństwo i ukochaną babcię Wiktorię Kopij, której zadedykował tę książkę.

Są w autobiografii zachwyty nad pięknem tamtejszej przyrody o każdej porze roku, często groźnej i niedostępnej, jest pamięć o niezwykłych mieszkańcach tej krainy podmokłych łąk, mszarów, lasów, błot i rozlewisk… Jak wspomina autor,

[…] chodziłem z kolegami na długie wycieczki na wschód od Klewania. Tam w okolicy Smorżew były przepastne jary i tajemne, ukryte w zieleni pieczary po wydobyciu kredy. Taka jest rzeźba wyżyny rówieńskiej, pofałdowana i pełna jarów.


Autor zapamiętał również przejażdżki saniami w zimowej scenerii do Łopatnia, wycieczki szkolne, między innymi do Janowej Doliny, na cmentarze legionistów w Koszyszczach i Kostiuchnówce, do Czartoryska nad Styrem, gdzie zwiedził „piękny gotycki kościół i jego rozległe tajemne podziemia”.
Mapka w Leksykonie zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich

Obok reminiscencji znajdziemy w książce wspaniałe, pełne cennych detali przyczynki etnograficzne (np. fascynujące opisy bogatej kultury ludowej Wołynia, jego folkloru, architektury miast i miasteczek, powszednich i świątecznych obyczajów) oraz historyczne. Autor przypomina na przykład, że

Kołki doskonale znał Józef Ignacy Kraszewski, który przez siedem  był zarządcą majątku we wsi Omelno, oddalonej o siedem kilometrów od Kołek. W tym czasie pisarz napisał Wspomnienia Wołynia, Polesia  i Litwy. Według Kraszewskiego to miasteczko nazywało się kiedyś Romanów, ale po pożarze, który je strawił w połowie osiemnastego wieku, nadano mu nazwę Kołki.
Miasteczko to było typowe dla północnego Wołynia. Położone nad rzeką Styr, długim szeregiem parterowych drewnianych budynków ciągnęło się wzdłuż prawego brzegu tej rzeki. Ubogie i cywilizacyjnie zacofane, jak cały otaczający region, nie posiadało kanalizacji, studni głębinowych, porządnych chodników ani utwardzonych ulic […]. Dopiero na przełomie lat 20. i 30. wybrukowano część głównej ulicy biegnącej od mostu. Większe budowle w miasteczku to: kościół, cerkiew, synagoga, młyn, no i most, wszystko drewniane.

Na następnych stronach możemy przeczytać charakterystykę wielonarodowościowego społeczeństwa kołkowskiego. Jak pisze autor, „taka różnorodność występowała też w szkole, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli”. Nauczycielką polskiego w klasach szóstej i siódmej była Dora Herszkowiczówna - Żydówka. Warto przytoczyć historyjkę związaną z jedną z prowadzonych przez nią lekcji, którą Feliks Trusiewicz zapamiętał szczególnie:


Pewnego razu ćwiczyliśmy inscenizację wiersza Adama Mickiewicza Pani Twardowska. Ja grałem rolę Twardowskiego. W miejscu, gdzie należało mówić: „z bród żydowskich ma być strzecha…”, pani Dora przerwała mi, mówiąc: „Trusiu, powiedz z bród hiszpańskich…”. Byłem zadowolony z tej zmiany, bo wobec moich żydowskich koleżanek i kolegów brzmiało to niezręcznie. Żydzi dobrze postrzegali Mickiewicza, chociażby za Jankiela, ale dzieci i młodzież mogła czuć się urażona zwrotem „z bród żydowskich ma być strzecha…”. Jak wiadomo, w czasach mickiewiczowskich wszyscy Żydzi mieli długie brody, zaś Polacy, Litwini i Rusini - rzadziej.

Autor wspomina z dumą swoją przynależność do harcerstwa, Krucjaty Eucharystycznej, organizacji „Strzelec” w Obórkach, lektury wielu książek, mrożącą krew w żyłach przygodę… z wilkami (tak! tak!) oraz ciężką pracę polową w gospodarstwie, by utrzymać rodzinę po śmierci ojca. Wszystko to ukształtowało silny charakter i zaszczepiło wartości, dzięki którym pokolenie Feliksa Trusiewicza, co on sam podkreśla, zdało egzamin w czasie drugiej wojny światowej.

3 maja 2017

O zapomnianej dziewiętnastowiecznej powieści Jane Porter pt. "Thaddeus of Warsaw"



Pisarz jest bardziej wrażliwy niż inni, ma więcej uczuć szlachetnej moralności i w godzinie natchnienia potrafi przelać na papier, to co tkwi w jego duszy.

(Tadeusz Kościuszko w liście napisanym po francusku do Jane Porter, tłum. Zofia Gołębiowska)


Apeluję do polskich wydawców, aby wreszcie przetłumaczyli i opublikowali w pięknej edycji zapomnianą powieść dziewiętnastowieczną, opiewającą naszego wielkiego Polaka! Zamiast wydawać ciągle różne kiepskie zagraniczne powieścidła najnowsze… Może znajdzie się jakiś ambitny wydawca? To wstyd, że nadal nie mamy przekładu tego dzieła, które swego czasu w Stanach Zjednoczonych cieszyło się ogromną popularnością, nie wspominając o Anglii i innych krajach.

Sama bym o tej powieści nic nie wiedziała, gdyby nie esej Barbary Wachowicz „Amerykańska siostra” Warszawy. W stolicy hrabstwa Kosciusko. Mam na myśli czterotomową i pięćsetstronicową powieść napisaną jeszcze za żywota Naczelnika przez młodziutką, 24-letnią Angielkę, Jane Porter, pod tytułem Thaddeus of Warsaw. Jak wskazuje Barbara Wachowicz, powieść tej panny doczekała się oszałamiającego powodzenia nad Tamizą - od roku 1803 do 1890 miała aż pięć wydań! Nasza Biblioteka Narodowa posiada edycję londyńską z 1831 roku opatrzoną wstępem autorki (niestety nie znalazłam tej edycji na Polona.pl). Barbara Wachowicz dodaje, że wydanie z 1819 roku (dziesiąte!) dedykowane jest humbly and affection to the memory General Thaddeus  Kosciuszko.

Wikimedia Commons: Portrait of Jane Porter (1776-1850) from The Ladies' Monthly Museum

Książeczka Jane Porter wzbudziła aprobatę samego Kościuszki, który w ramach dziękczynienia nadesłał autorce… lok swych włosów (B. Wachowicz, „Amerykańska siostra” Warszawy. W stolicy hrabstwa Kosciusko, „Nasz Dziennik”, 25 kwietnia 2017).

Jak ustaliła zaś Zofia Gołębiowska, Kościuszko otrzymał tę powieść od samej autorki, która przysłała mu ją do Szwajcarii.

Kim była Jane Porter? Na temat tej powieściopisarki znalazłam bardzo interesujący i bogaty w szczegóły artykuł naukowy Zofii Gołębiowskiej. Cytuję (bez przypisów, których jest sporo) duże fragmenty tego pięknego i cennego eseju, a na końcu podaję dokładne dane bibliograficzne, gdyby ktoś chciał bliżej zapoznać się z postacią tej Angielki. 

Ależ ona kochała Polskę i Polaków!


22 stycznia 2017

Obraz Powstania Styczniowego w zapomnianych skarbach polskiej literatury (1)

Zacznę nieco żartobliwie: urodziłam się w rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego, dzięki temu od małego w szkole zawsze pamiętałam dokładnie jego datę. Dziś zapraszam więc do lektury prawdziwie rocznicowego postu. W ostatnim czasie zagłębiłam się w polskiej prozie historycznej. Przeczytałam wszystkie, jakże wspaniałe i poruszające do głębi, utwory (niektóre ponownie po latach) Stefana Żeromskiego, Elizy Orzeszkowej oraz Stanisława Rembeka, tematycznie związane z narodowym zrywem w styczniu 1863 roku. Wczoraj na dodatek miałam niesamowity zbieg okoliczności, bo tuż po skończeniu lektury gawęd styczniowych Stanisława Rembeka włączyłam telewizor. Na kanale Kino Polska zaczynał się akurat film Janusza Machulskiego pt. Szwadron, nakręcony właśnie na podstawie jego opowiadań! Rewelacyjny i wiernie oddający klimat utworów film!

 Nie sposób omówić każde dzieło wyczerpująco, dlatego ograniczę się do krótkich opisów/dykteryjek/refleksji.


Wierna rzeka (1912) Stefana Żeromskiego
Żeromski ukazał w "klechdzie domowej" stan duszy polskiej – jej tragiczne rozdarcie w drugiej połowie XIX wieku – oraz pojawiające się w ówczesnym okresie różnice w ocenie Powstania Styczniowego i jego sensu. Ponadto jest to jeden z najpiękniejszych utworów powieściowych o tematyce miłosnej w literaturze polskiej. 

Urzekała mnie zawsze proza Stefana Żeromskiego ze względu na jej sensualizm,  bezbrzeżną „seremność” (to słowo pochodzi z języka mieszkańców Gór Świętokrzyskich: „seremno” znaczy smutno), sposób ukazywania kobiety i jej natury. Wierna rzeka przedstawia realia powstania, jego uczestników i ich motywy, ale także zróżnicowany stosunek chłopstwa do sprawy niepodległościowej. Któż z nas nie pamięta tej sceny, gdy ranny w bitwie pod Małogoszczem książkę Odrowąż wlecze się z trudem ku dworskim zabudowaniom, a tłum chłopski ciska w jego skrwawioną głowę skibami zmarzniętej ziemi. Działo się to nad rzeką Łośną, bliżej Gór Świętokrzyskich. Jednak mamy w tym utworze, obok takich wizerunków chłopów, także odmienną sylwetkę. Oto do dworu w Niezdołach przybywa chłop ze świętokrzyskich lasów, aby oznajmić pannie Salomei o śmierci jej ojca-powstańca, który "krył się ciężko chory po chałupach wieśniaczych w pobliżu Świętej Katarzyny". Ten chłop "to był człowiek zgoła inny, niż chłopi niezdolscy. Stał po stronie "wiary", jako i wszystkie sąsiady we wsiach tamecznych. Głęboko się dziwował chłopom odgrażającym się na "Polaków". [....] W jego bowiem okolicy ludzie wierzyli swoim i na polską patrzyli stronę, pomagali w przeprawach, ukrywali rannych, a nawet sami, co młodsi i ognistego ducha, z partią chodzili". Przeważnie jednak mieszkańcy wiosek byli powstaniu duszą i ciałem oddani, a taka postawa wynikała z umiłowania stron ojczystych. 

A jaki był pierwowzór Salomei? Była nim panna Aniela Lubowiecka -  wychowanica ciotki Żeromskiego, Józefaty Saskiej, z której autentycznej opowieści o dziewczynie ratującej życie księcia-powstańca (w dworku w Rudzie) narodziła się "klechda domowa". Panna Aniela pokochała księcia Jana Połubińskiego wielką miłością. Zmarła w tajemniczych okolicznościach (samobójstwo?)  tuż przed ślubem wyznaczonym na wiosnę 1865 roku, podobnież załamana sugestiami, że książę nie odwzajemnia jej miłości, a żeni się tylko z wdzięczności za ocalenie życia. Pozostała do dziś w legendzie, a mieszkańcy wsi Ruda Zajączkowska  opowiadają o niej jak o żywej istocie, o czym przekonała się Barbara Wachowicz w trakcie swoich wypraw na ziemię Żeromskiego. Od spotkanych mieszkańców wsi Ruda Zajączkowska usłyszała, że utonęła, czyli "Wiernej zawierzyła śmierć". 

"Rozdziobią nas kruki, wrony"  (1894)  Stefana Żeromskiego
 To przeszywająca opowieść o losie jednego powstańca, który nazywał się Winrych i szedł w 1864 roku polnymi drogami z Mławy do Nasielska. Umiera, zabity przez ośmiu ułanów rosyjskich, z poczuciem, że "wszystko przełajdaczone", że światem, w tym i polskim narodem, będzie rządzić "strach o wielkich ślepiach" i "wypędzi  z mysich nor wszystkich metafizyków reakcji i proroków ciemnoty", którzy będą przekonywać, że zdrada i tchórzostwo są cnotami. Żeromski daje wgląd w rozdartą, umęczoną sytuację duszy polskiej  z końca XIX wieku. Utwór ten można interpretować jako opowieść również o losie wszystkich polskich powstańców, a nawet każdego Polaka - o naszych przerażających, tajemniczych i romantycznych dziejach. Któż z nas nie pamięta przejmującej sceny, gdy chłop obdziera zabitego powstańca i spycha go wraz z trupem końskim do jamy, "tak bez wiedzy i woli zemściwszy się za tylowieczne niewolnictwo, za szerzenie ciemnoty, za wyzysk, za hańbę i za cierpienie ludu"...

28 listopada 2016

"Są miłości, które mogą się układać zależnie od warunków życia, (...), lepiej albo gorzej, mogą zwiększać się lub słabnąć, ale zupełnie inaczej jest z miłością między Matką a synem..."



Jej pisane płomiennymi słowami książki pozwalają myślą, sercem i duszą ulatywać wstecz, szczególnie do domów rodzinnych, w których wzrastali najlepsi synowie i córki naszej ojczyzny. W tropieniu i odkrywaniu ulotnych znaków ziemskiego losu najwybitniejszych Polaków Barbara Wachowicz jest niestrudzona. Otrzymujemy kolejny owoc przeżywanych przez pisarkę „przygód w poszukiwaniach rzeczy narodowych polskich”. Oto zbiór niezapomnianych portretów najpiękniejszych postaci matczynych naszej historii, muzyki i literatury - prawdziwych Mulier Fortis (statecznych niewiast), familiae matris, „matron Sercem i Sumieniem błyszczących”, „zwykłych polskich matczysk”…

Współczesne polskie matule mogą w tej książce zobaczyć siebie w radości i trudzie budowania ogniska domowego, wychowywania dzieci, organizowania dnia codziennego, wspólnego bytowania, śmiania się, podróżowania i walczenia z przeciwnościami. Książka opowiada o różnych barwach macierzyństwa i dzieciństwa. Używając słów Melchiora Wańkowicza, można metaforycznie powiedzieć, że

Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnień.

Z najnowszego dzieła Barbary Wachowicz dowiadujemy się o tym, w aurze jakich tradycji wzrastali: MAREK i JAN SOBIESCY, TADEUSZ KOŚCIUSZKO, ADAM MICKIEWICZ, FRYDERYK CHOPIN, JULIUSZ SŁOWACKI, HENRYK SIENKIEWICZ, JAN KASPROWICZ, STEFAN ŻEROMSKI, MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA i MAGDALENA SAMOZWANIEC, a także KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI, na jakich lekturach macierze kształciły swoje utalentowane, ale i zarazem krnąbrne dzieci, jakie wartości im zaszczepiały, z jakimi problemami się borykały. Wszystkie sportretowane matki starały się, aby ich synowie i córki poznali dzieje przodków i „najświętsze narodu epoki” oraz aby wzrastali w wierze chrześcijańskiej. Pisarka podaje wiele na to dowodów, przytacza choćby niezmiernie symboliczną scenę: ksiądz, który spowiadał umierającego Fryderyka Chopina, podając mu Pana Jezusa ukrzyżowanego, zobaczył łzy w oczach kompozytora i spytał, czy wierzy. Odpowiedział:  – Wierzę. – Jak Cię matka nauczyła? – Jak mię nauczyła matka!


2 października 2016

"Jak to się stało, że właśnie to wydarzenie wypełniło wyobraźnię Polaków?"


W dzieciństwie w trakcie pobytu na kolonii letniej w Tczewie brałam udział w wycieczce na Westerplatte. Niewiele wtedy rozumiałam, choć odwiedziny tego miejsca utkwiły mi w pamięci. Wspominam o tym, dlatego że właśnie zagadnieniu miejsca pamięci poświęcona jest książka Krzysztofa Zajączkowskiego. Muszę też dodać, że do dziś kołaczą mi w głowie rytmiczne strofy wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego moja nauczycielka w szkole podstawowej kazała się całej klasie nauczyć na pamięć. Któż z mojego pokolenia nie zna tego utworu? Jak słusznie stwierdza Krzysztof Zajączkowski,

Młody człowiek mający w szkole kontakt z wierszem poety dostawał niewątpliwie wgląd w jedno z najpiękniejszych i najbogatszych znaczeniowo dzieł polskiej liryki. Pozostawał pod nieuchwytnym wrażeniem jego uroku i prostoty (s. 155).

Książka Westerplatte jako miejsce pamięci reprezentuje fascynujący, jak mi się wydaje, nurt w historiografii. Mianowicie badania nad pamięcią. Mogę więc chyba stwierdzić, że autor zajmuje się pamięciologią. Prawda, że to ładnie brzmi? Historyk sam używa tego słowa. Pojawiają się też takie określenia, jak: "aktorzy pamięci", "treści miejsca pamięci" czy "składniki pamięci".


1 sierpnia 2016

Nowe informacje o Aleksandrze i Mieczysławie Jasińskich! Rodzeństwie, które walczyło i zginęło w Powstaniu Warszawskim na Mokotowie

Aleksandra Maria Jasińska ps. Inez, żołnierz Armii Krajowej, pułku "Baszta"
 (ur. 2.02.1924, zm. 27.09.1944)
 

 





















Mieczysław Jasiński ps. Donald, żołnierz Armii Krajowej, pułku "Baszta" (ur. 2.01.1922, zm. 27.09.1944)


 Aleksandra Jasińska "Inez"

W ubiegłym roku, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, opublikowałam otrzymane od Pani Beaty Płaczek pamiątki rodzinne. Do mojego bloga  dotarła córka chrzestna matki powstańczego rodzeństwa, których dotyczył nasz wypominek. W związku z tym publikuję nową fotoopowieść, z poprawionymi przez Panią Annę Wojterską danymi o powstańczym rodzeństwie. Niech pamięć o Aleksandrze i Mieczysławie Jasińskich trwa!
Z przyjemnością oddaję głos Pani Annie:


Jestem chrzestną córką Wandy Jasińskiej, żony Konrada Aleksandra Jasińskiego. Byli to rodzice wymienionych powstańców. Wanda Jasińska, z domu Wróblewska, była siostrą mojej babci Laury. Rodzeństwo Wróblewskich: Zofia (1889?–1963), Laura (1890?–1963), Felicja (1891?–1967), Wanda (1894?–1977), Jadwiga (1902–1959) oraz Tadeusz i Mieczysław (daty życia mi nieznane, bo nie są pochowani na starym cmentarzu w Grodzisku Mazowieckim). Konrad Aleksander Jasiński też jest pochowany w Grodzisku Mazowieckim (1894–1965).



Oleńka chodziła do prestiżowego Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny (Szkoły na Wiejskiej) i po małej maturze wstąpiła do Żeńskiej Szkoły Architektury. Niestety śmierć przerwała plany – Mietek i Oleńka 27 września 1944 r. zginęli, rozstrzelani przy wyjściu z kanałów na Dworkowej.


[Na Dworkowej na Mokotowie Niemcy wymordowali około 140 powstańców, którzy – zagubiwszy się w kanałach – wyszli na powierzchnię obok komendy niemieckiej żandarmerii, poddając się.]


Skąd pseudonim Oleńki? Autorka wiersza "Inez de Castro", poetka młodopolska Kazimiera Zawistowska, była z domu Jasieńska. Świetna, postępowa szkoła dla młodych warszawianek, którą ukończyła Oleńka, mogła rozbudzić zainteresowanie tą poetką. W polskim języku występuje pisownia Ines i Inez, na stronie Powstania Warszawskiego jest Inez i na Powązkach Wojskowych też.






 


MIECZYSŁAW JASIŃSKI Z NARZECZONĄ HALINĄ




Mietek ukończył Gimnazjum im. Stefana Batorego i na tajnych kompletach rozpoczął studia ekonomiczne na SGH. Przyjaźnił się ze Zbigniewem C., który w dzieciństwie bawił się w ogrodzie na Sielcach z Haliną Ł. Zbigniew poznał Halinę z Mietkiem. Często spotykali się we trójkę, Zbigniew grał na pianinie, a Halina i Mietek tańczyli. I tak to się zaczęło – zostali parą narzeczonych. Tego się dowiedziałam od p. Haliny, ale nie poznałam okoliczności wstąpienia Mietka i Oleńki do AK.





W połowie studiów ekonomicznych Mietek rozpoczął studia prawnicze, prawdopodobnie pod wpływem Haliny. Przed wakacjami 1944 roku Mietek złożył gotową pracę magisterską (z ekonomii) u promotora. Był również już po drugim roku prawa.



Halina Ł., narzeczona Mietka, wojnę przeżyła i pod koniec lat czterdziestych (?) wyszła za mąż, a ok. 1953 roku urodziła córeczkę.


 Na temat wyboru pseudonimu "Donald" w rodzinie mówi się, że Mietek i Oleńka mieli ciotecznych braci w Stanach Zjednoczonych (Genia i Konrada). Może Donald uosabiał "silnego brata – sojusznika" zza Oceanu...












Jeszcze jedno zdjęcie rodzeństwa Jasińskich (wszystkie powyższe zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodzinnych Pani Beaty Płaczek)



Groby Aleksandry i Mieczysława znajdują się na Powązkach Wojskowych w kwaterze pułku BASZTA. Obok jest pochowany N.N., a jest to symboliczny grób Albina Jasińskiego, który był stryjem rodzeństwa i który zginął z całą swoja rodziną na Woli.











Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego czytamy:


Mieczysław Jasiński ps. "Donald": rozstrzelany przez Niemców po wyjściu z kanału na ul. Dworkowej.  Jego siostra Aleksandra Maria ps. "Inez"  była łączniczką w tej samej kompanii. Zamordowana przez Niemców na ul. Dworkowej. 

Filmik pokazuje, co się działo w dniu śmierci rodzeństwa. Źródło: Muzeum Powstania Warszawskiego.

















Z listu Pani Anny: To są Wanda i Konrad Jasińscy z córeczką Krysią, która zmarła zanim urodził się Mietek (zdjęcie z archiwum rodzinnego Pani Beaty Płaczek)





Z listu Pani Beaty: Drugi brat mojej babci, Albin Jasiński (ur. w 1898), jego żona Stanisława (ur. 1897) oraz dzieci - Zygmunt (ur. 1926) i Zosia (ur. 1932), zginęli podczas bombardowania Woli - mieszkali na ul. WOLSKIEJ. Przesyłam zdjęcie kartki -  jednej z tych, które rodzina rozwieszała po całej Warszawie z myślą, że może udało im się uciec.




 ******************************************************************
                                                      PAMIĄTKI RODZINNE PANI ANNY
 
Pani Anna przysłała piękne i cenne zdjęcia ze swojego archiwum rodzinnego, a wśród nich jedno z babcią powstańczego rodzeństwa - Michaliną Wróblewską, jedno z małym Mieczysławem Jasińskim i jego matką. Pani Anna jest też w posiadaniu poruszającej klepsydry, w której rodzice, narzeczona i rodzina informują o pogrzebie Aleksandry i Mieczysława Jasińskich. 

Odkryła również dwa rysunki Aleksandry Jasińskiej, prawdopodobnie z okresu uczęszczania do Żeńskiej Szkoły Architektury (podpisy pod poniższymi zdjęciami są autorstwa p. Anny)







Rysunek Aleksandry Jasińskiej ROZPACZ według "Żałobnych wieści" Artura Grottgera (h x s: 14,5 x 9,5 cm)



                     



San Paolo fuori le Mura –  bazylika rzymska (pewnie według fotografii) – h x s: 14 x 17 cm







Grób Józefa Wróblewskiego w Kleczewie – dziadka Oleńki i Miecia






Na zdjęciu z 1926 roku Wanda Jasińska, jej syn Mietek oraz jej siostrzeńcy: mój tata Jan i mój stryj Tadeusz Wojterscy




Zdjęcie sprzed 1909 roku, tj. zrobione zanim odbył się ślub Felicji.



Babcia Mietka i Oleńki Jasińskich – Michalina Wróblewska (po śmierci męża Józefa) z dziećmi:



(Stoją od lewej:) Mieczysław, Tadeusz, Wanda i Jadwiga; (siedzą od prawej:) Michalina (matka), Laura, Felicja i Zofia


 








Styczeń-luty ok. 1962–1963, Warszawa, ul. Dolna 22 m.9: wujek Olek (nie mówiło się Konrad) Jasiński, ja – Anna, ciocia Wanda Jasińska (była moją matką chrzestną i siostrą mojej babci Laury)
 




Konrad Aleksander Jasiński (prawdopodobnie w okresie okupacji)







 

Klepsydra. W komisji ekshumacyjnej z Parku im. gen. Gustawa Orlicz-Dreszera brali udział m.in. Zofia Ł. i Konrad Aleksander Jasiński



(informacja od Haliny, narzeczonej Mietka Jasińskiego)




                      Listy ekshumowanych (ze strony Archiwum Państwowego m. st. Warszawy)







Zdjęcie kamienicy (z Wikipedii): Czerniakowska 126A: Mieszkanie Nr 4 w którym w czasie okupacji i po wojnie mieszkała rodzina Jasińskich, znajdowało się na pierwszym piętrze nad sklepem (ostatnie okno i balkon po prawej stronie zdjęcia, dwa okna za rogiem od południa oraz jedno okno od podwórza t.j. od wschodu).




                     MOJA RODZINA – WUJOSTWO JASIŃSCY




Wuj Konrad Aleksander Jasiński przed pierwszą wojną światową, po maturze, studiował przez dwa lata filozofię, a następnie był w seminarium duchownym, może 1913/14 r. Nie wiem, kiedy i gdzie zawarł ślub z Wandą Wróblewską, może to było w 1915 r., a Krysia urodziła się w 1916...? Po pierwszej wojnie, gdy Krysia była maleńka, wujostwo mieszkali na Nowogrodzkiej 5 na piątym piętrze bez windy. Wuj poszedł na wojnę z bolszewikami jako ochotnik. Może wtedy Ciocia Wanda pojechała z Krysią do Felicji i Stefana Tylkowskich, do leśniczówki koło Niemysłowa, w pobliżu Uniejowa. Krysia zmarła tam na czerwonkę, chyba latem 1920 r. lub 1921 r., mając cztery–pięć lat. Wkrótce urodził się Mietek (2 stycznia 1922 r.), a dwa lata później Oleńka (2 lutego 1924 r.). [...]



        W 1951 r. zmarł na zapalenie opon mózgowych, po szczepieniu BCG, mój młodszy brat (żył rok i trzy miesiące). Prawdopodobnie wówczas zamieszkaliśmy w mieszkaniu wujostwa na Czerniakowskiej 126A pod nr 4 na pierwszym piętrze. Były to ciężkie czasy, w których "kwaterunek" zdecydował, że w tym trzypokojowym mieszkaniu będą mieszkały trzy rodziny:

1) w bardzo ciemnym pokoju z oknem od podwórza, w ich dawnej sypialni – Konrad i Wanda Jasińscy;

2) w małym pokoju nad sklepem spożywczym, tzw. dziecinnym – Jan i Maria Lidia Wojterscy z córką Anną (a później jeszcze z córką Janiną);

3) w dużym narożnym południowo-zachodnim pokoju – trzy osoby dorosłe, obca rodzina: mężczyzna i dwie kobiety.

     W mieszkaniu było pomieszczenie kuchni, z której korzystały te trzy rodziny i we wnęce stał tapczan mężczyzny z trzeciego pokoju. Trzon kuchenny był gazowo-węglowy. Była też łazienka z bojlerem. Pokoje były ogrzewane piecami kaflowymi. Mieszkanie miało ok. 100 m2.

     W naszym pokoju w ścianie była znaczna dziura po pocisku. Pamiętam, iż rodzice walczyli z pluskwami.

         W grudniu 1956 r., gdy miałam siedem lat, przydzielono nam mieszkanie na Dolnej 22, w budynku "Społem", bo tatuś pracował w redakcji dwutygodnika Spółdzielczości Spożywców "SPOŁEM". Natomiast na Czerniakowskiej, do "małego" pokoju wprowadziło się młode małżeństwo z wielkim, koncertowym fortepianem. Jedno z nich było muzykiem.



         Wanda Jasińska była moją matką chrzestną i roztaczała nade mną opiekę duchową. Pamiętam, że zabierała mnie na niedzielne Msze św. do zrujnowanego kościoła przy Łazienkowskiej. Ciocia przekazała mi pierwsze wiadomości o Bogu i wierze katolickiej. Była osobą głęboko wierzącą, pogodzona ze śmiercią trójki dzieci. Jakoś inaczej było z wujkiem, był wyciszony, ale nie widziałam, aby chodził do kościoła. Pamiętam, iż nic sobie nie robił z UB; na swoim wielkim lampowym radiu słuchał zagranicznych stacji i "Wolnej Europy", które z trudem przebijały się przez jazgot zagłuszaczek.
         Przez te wszystkie powojenne lata w stałym kontakcie z Wandą i Konradem Jasińskimi była Halina - dawniej narzeczona Mietka. Ciocia zwracała się do niej bardzo serdecznie "córeńko", a ona zawsze "pani", "pan", "państwo" – z wielkim szacunkiem. Miała swoją rodzinę: mamę, męża, córkę, i mimo wielkiej aktywności zawodowej (była adwokatem) zawsze znajdowała czas, aby złożyć wizytę na Czerniakowskiej.

         W latach 1957–1965 z wujostwem spotykaliśmy się dość rzadko – ok. trzy razy w roku. Czasem były to spotkania w Grodzisku Mazowieckim. Wujek pomagał przy porządkowaniu rzeczy po śmierci ciotki mojego taty, Zofii Wróblewskiej, i mojej babci Laury, była to wiosna 1963 r. Chyba z tego okresu było zdjęcie wujka Olka z moim bratem (sześć lat) przy ognisku.

         Po śmierci wujka (1965 r.) cioci Wandzie bardzo dokuczała samotność, pogarszało się zdrowie i malały możliwości samoobsługi. Na początku lat siedemdziesiątych pani Halinie udało się załatwić dla cioci miejsce w Domu Kombatanta przy ul. Szubińskiej 4 w Warszawie. Mieszkała tam ok. pięciu lat, do śmierci w 1977 r. 



Wygrzebała z pamięci własnej oraz p. Haliny –

Anna Wojterska