Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władysław Reymont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władysław Reymont. Pokaż wszystkie posty

7 maja 2017

„Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu Pańskiego nie siądzie". 150 lat temu urodził się Władysław Reymont! Wybitny polski pisarz i noblista

Z okazji rocznicy zebrałam anegdoty:
 Otóż z ramienia PCK udałem się kiedyś do sławnego pisarza, żeby odebrać aforyzm, który miał dla naszej instytucji napisać. (…) Po chwili na wewnętrznych schodach prowadzących do gabinetu z pięterka ukazał się laureat Nobla. Wyglądał jak na portrecie, z tą różnicą, że ręką trzymał się za twarz. Nie zdążyłem się odezwać, kiedy Reymont powiedział po prostu: Wie pan, tak mnie cholera, zęby bolą, że nie byłem w stanie nic dla was napisać. Może jutro. Bardzo serdecznie przepraszam. Wtedy się przekonałem, że wielkość chodzi często w parze z prostotą i skromnością
— zapisał Stefan Wiechecki „Wiech” w swoich wspomnieniach zatytułowanych Piąte przez dziesiąte. Pomieszał fakty: Reymont otrzymał Nobla w 1924 r. podczas gdy Wiechecki referentem prasowym Polskiego Czerwonego Krzyża przestał być już rok wcześniej.



Miał zadane: samodzielnie skroić i uszyć ubranie frakowe. Egzamin zdał. Gdym koło roku 1930 odwiedzał osiemdziesięcioletniego już bez mała p. Konstantego Jakimowicza i zapytałem go, jak ów frak był uszyty, sędziwy eks-szef Reymonta uśmiechnął się pod wąsem i odpowiedział: Jak na literata, to robota krawiecka była dobra
— napisał Adam Grzymała-Siedlecki w książce Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim.

 
Ileż on zażył biedy, jakże mu było przez lata całe piekielnie ciężko (…) Bezwstydnie żebrze zamężną siostrę o całe portki na tyłek, o niewystrzępioną koszulinę. (…) Z wędrowną trupą aktorską włóczył się po miasteczkach, ale i aktorem był miernym, a że się nie rozłajdaczył, nie zapił na śmierć, to cud istny. Inni sobie w łeb palili.
 — napisał  prozaik i reportażysta Wojciech Żukrowski.


 Przyjechał Reymont. Młody, okropnie nieokrzesany, utalentowany, głodny, goleńki… Zaproponowałem mu pożyczkę… Wyobraź sobie, jak mu się palce zakrzywiły… Nie mogę zapomnieć, że i ja byłem niegdyś może trochę utalentowany, a na pewno goleńki i nikt mi takiej propozycji nie zrobił….

 — donosił  w 1898 roku z Paryża Sienkiewicz.

Przechodziłem kiedyś z Reymontem przez ulicę Królewską w Warszawie, koło placu Saskiego. Naraz Reymont odzywa się do mnie: Zamknij na chwilę oczy i powiedz mi, co na placu widziałeś przed chwilą. Poddałem się temu egzaminowi, ponieważ jednak niewiele miałem do zeznania i czułem się tym niejako zakłopotany, więc postanowiłem szukać odwetu. Zatrzymałem Reymonta umyślnie na miejscu przez kilka minut, wciągnąłem go w temat żywszej jakiejś rozmowy po czym naraz rzuciłem mu: No, a teraz ty zamknij oczy i powiedz, coś na placu widział przed chwilą. Przywarł powieki, odwrócił się tyłem do placu i zaczął: — Od strony ulicy Wierzbowej wjeżdżały przed chwilą dwie dorożki, jedna, z siwym koniem, skręciła w ulicę Czystą; druga dwukonka, z gniadym i kasztanem, jedzie ku Mazowieckiej; w pierwszej siedzi jakaś starsza dama, w dwukonce dwaj oficerowie, ten po lewej stronie, huzar, pałasz trzyma na założonych noga na nodze kolanach, drugi, zdaje się, sztabowiec, sądząc po lampasie na czapie; na środku placu grupa trzech jegomościów żywo rozmawia, najstarszy z nich z siwą bródką...
 — tak poeta Artur Oppman „Or-Ot” opowiadał o fantastycznym darze pamięci wzrokowej, jaki posiadał Reymont.



Jak pisze Grzymała-Siedlecki:
Nie znało się bardziej towarzyskiego odeń człowieka. Gościnność jego przechodziła w legendę. Słynęły jego obiadki i kolacyjki, na których pani Reymontowa dawała dowody talentu kulinarnego, równego uzdolnieniom pisarskim jej męża. Żył nieustanną potrzebą obcowania z ludźmi. Jeśli tylko nie był zajęty pisaniem lub gdy tylko skończył dzienne swoje pensum, któremu poświęcał czas od wczesnych godzin rannych do trzynastej, najwyżej czternastej - natychmiast wypływał na świat, czy to na umówione już z kimś spotkanie, czy do kawiarni, gdzie niechybnie złowi miłe towarzystwo.
******************************************************

 Barbara Wachowicz:

Wędrował po okolicznych wsiach. Jedna nazywała się Lipce. Lipecki lud, zadziorny i hardy, popatrywał nieufnie na tego krótkowzrocznego pracownika kolei, co lubił stawać pod oświetlonym oknem chat, skąd niosła się muzyka. Ceratowy notes puchł zapiskami, jego właściciel biedował i marzył. „7 maja 1892. (…) czy kiedykolwiek będę drukowanym? Nie zdaje mi się”.

Spełniło się jego marzenie. Był drukowanym. Już nie był goleńki, miał co jeść, ale nie miał zębów...


Przyszły prezydent Polski – Stanisław Wojciechowski – wspomina, że kiedy Reymont przyjechał do Londynu, trafił do rodaków w czas wielkiej biedy. Żywili się chlebem i cebulą i tym gościa podjęli. „Przypomniał mi tę wizytę Reymont, kiedy po otrzymaniu Nagrody Nobla przyszedł do Belwederu. – Kiedy były zęby – żalił się – brak było chleba, teraz mam co jeść, ale zębów nie ma!”.

Krakowianie zaś powinni pamiętać, że  15 lipca 1902 roku to właśnie w królewskim mieście, w kościele Karmelitów na Piasku, odbył się ślub Reymonta z Aurelią Szacnajder-Szabłowską elegancką, wytworną blondynką. Nawiasem mówiąc: po udzieleniu przez papieża Leona XIII dyspensy i unieważnieniu małżeństwa wybranki.
Z małżeństwa z Aurelią pisarz nie pozostawił potomstwa.


O pisarzu pisze pięknie w swoich książkach i artykułach Barbara Wachowicz. Na portalu "Hej, kto Polak", można przeczytać cały esej. TUTAJ

O Chłopach pisałam TUTAJ

O dożynkach Reymontowskich pisałam TUTAJ



25 lutego 2017

Reymont: „Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowości.”

























O Bożym świecie zapomniałam, tak żem się sielnie zadurzyła w tym olśniewającym arcydziele! Cosik mi się zrobiło na wnątrzu po przeczytaniu epopei chłopskiej. Jak tego Pana Boga kocham, tak czystą prawdę rzekłam. Juści, losy Jagusi, Hanki, Tereski, Agaty rozczuliły mnie tak głęboko, że i wypowiedzieć trudno.   

Nie poredzi żyć z osobna — powiada jedna z bohaterek, Jagustynka. Choć w Lipcach każden z osobna pruje się z utrudzenia, biedzi się niemało, boć każdemu bliższe są i pierwsze własne frasunki, jakie dzień każdy przynosi. Ale zarówno kobiety, jak i mężczyźni społem i solidarnie uradzają się nad sprawami najważniejszymi dla gromady:


A każden żył po swojemu, jak mu się widziało, jak mu sposobniej było, a społecznie z drugimi, jak Pan Bóg przykazał.
Kto biedował, zabiegał, kłopotał się, kto się zabawiał i rad w kieliszki przedzwaniał z przyjacioły, kto się puszył i wynosił nad drugie, kto za dzieuchami się uganiał, kto chyrlał i na księżą oborę poglądał, kto na ciepłym przypiecku legiwał, komu radość była, komu smutek, komu zaś ni jedno, ni tamto — a wszyscy żyli gwarno, z całej mocy, duszą całą. (...) w Lipcach szło swoim odwiecznym porządkiem, komu śmierć była naznaczona — umierał, komu radość — weselił się, komu bieda — wyrzekał, komu choroba — spowiadał się i czekał końca — i pchało się jakoś z Bożą pomocą, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, bych się ino zwiesny doczekać abo tego, co komu przeznaczone.


O czem to napisane? Jak chcecie, to wam trochę poczytam o: wartości ziemi, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać można; twardej walce z oporną, sielnie folgującą od czasu do czasu naturą; codziennej chłopskiej krzątaninie; tradycjach i zwyczajowych obrzędach wsi et cetera. Reymont opowiedział o życiu polskiej wsi historie różne i tylachna, że kto by je pojął i zapamiętał! A tak mądrze, że jakowyś rzewność obezwładnia. Całą duszą piłam te Reymontowskie słowa miodne, soczyste, jak wyschła ziemia pije dżdże rosiste i ciepłe; tak jak Nastuś z Józką, Weronka z dziećmi, Jagustynka, Kłębowa i Pietrek oraz Hanka słuchali Rochowych porzekadeł:



—„Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowości.”
—„Dufajcie, bo pokrzywdzone zawżdy górę wezmą.”

—„Ochfiarną krwią i trudem trza posiewać człowieczą szczęśliwość, a któren posiał,

wzejdziemy i czas żniwny miał będzie.”

—„Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu Pańskiego nie siądzie.”

—„Kto ino wyrzeka na złe, nie czyniąc dobra, ten gorsze zło rodzi.”


 W sielnej powieści Reymonta wszyćko galancie i trafnie co do wiersza, kieby w tych pobożnych śpiewaniach, że nieraz wzdychałam urzeczona, tak szło do serca. Jaże mrówki obłażą, takie historie w tej książce o człowieczej, nieubłaganej doli...


Ostańce z Bogiem, ludzie kochane! Niedługo zwiesna!

15 sierpnia 2015

Dożynki Reymontowskie


Aurelia i Władysław Reymontowie w towarzystwie znajomych we Florianowie
Źródło: Polona.pl

15 sierpnia 1925 roku Władysław Reymont przyjechał do niewielkich podtarnowskich Wierzchosławic na zaproszenie Wicentego Witosa. Wtedy już mocno schorowanemu Nobliście towarzyszyła żona Aurelia. Na cześć autora czterotomowej powieści Chłopi wyprawiono w Wierzchosławicach wielkie dożynki reymontowskie. Uroczystość powitania Noblisty odbyła się na stacji kolejowej w Bogumiłowicach. Na trasie od tamtejszej  stacji kolejowej na błonia wierzchosławickie ustawili się chłopi z całej Polski ze sztandarami. Na spotkanie z noblistą przybyło, według niektórych źródeł, nawet 40 tysięcy osób, a wyjątkowy gość przyjechał specjalnie wynajętym pociągiem. Na pisarza czekała dorożka. Wysiadającego z wagonu pisarza chłopi przywitali niezwykle entuzjastycznie. Reymonta wzięli na ręce i wśród okrzyków na jego cześć zanieśli na udekorowany wóz zaprzężony w cztery siwe konie. Odświętny pochód ze śpiewem i muzyką wiejskiej kapeli ludowej podążył do Wierzchosławic, przejeżdżając zbudowaną na tę okazję bramę w kształcie wiejskiej strzechy.  Po wysłuchaniu laudacji wygłoszonych na swoją cześć poruszony gorącym przyjęciem pisarz zwrócił się do uczestników uroczystości dożynkowych: 

Obywatele! Darujcie, tylko kilka słów powiem, gdyż jestem chory. Zawstydzacie mnie - hołd wasz niezasłużony [...] Obdarzyliście mnie po królewsku. Wzruszenie mię dławi i nie pozwala mi dłużej mówić, więc kończę staropolskim - Bóg zapłać za wszystko, Chłopi, Obywatele i Polacy. 

Po skończonej uroczystości odwieziono pisarza do szpitala w Krakowie, a potem do Poznania. Wracał jednak myślami do tamtych dożynek. W ostatnim liście adresowanym do J. Gluzińskiej napisał:

 A przecież do Wierzchosławic jechać musiałem. Wydobyłem na to ostatki sił. [...] Nie żałuję. Niestety, nawet za najwyższe dobro placić trzeba. Nic darmo. 

Zdawał sobie sprawę, że pogarsza się jego stan jego zdrowia. Zmarł 5 grudnia 1925 roku. Noblistę pochowano w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, a jego serce złożono w kościele Św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu.


[...] Południe już przechodziło, chude cienie jęły wypełzać spod drzew i domów, a we zbożach, co się ździebko kłoniły za słońcem, zagrały z cicha koniki polne, bąk też kajś niekaj zahuczał i przepiórki odzywały się po swojemu. 
Ale upał wzmagał się coraz barzej i prażył już niemiłosiernie.
Suma się wnet skończyła i nad stawem jęły gęsto przysiadać kobiety do zezuwania trzewików, zaś drogi tak się zamrowiły ludźmi, wozami a gwarem, że Hanka spiesznie powróciła do chałupy. [...]

(Władysław Reymont, Chłopi, cz. IV: Lato)

8 czerwca 2014

Jakie życie miał Wokulski z Minclową?



Anegdoty z książki Krystyny Kolińskiej pt. Preteksty do wspomnień (Iskry, Warszawa 2014)

Profesor Uniwersytetu Poznańskiego, Zygmunt Szweykowski, po ukończeniu studiów pracował przez jakiś czas w warszawskim gimnazjum. Dawne uczennice zapamiętały rok szkolny 1921. Przywoływały pewną zabawną scenę na lekcji, która wywołała gromki śmiech zarówno całej klasy, jak i profesora: Otóż jedna z koleżanek nie przeczytała „Lalki” i właśnie ona została wywołana do odpowiedzi. Na zapytanie, jakie życie miał Wokulski z Minclową, odpowiedziała niepewnie: Miał hiszpańskie życie… Profesor, szczerze ubawiony, rzekł: To ja z daleka słyszę, jak koleżanki podpowiadają, a pani nie słyszy? Wokulski z Minclową miał krzyż pański!

*********************************************************************

Władysław Reymont urodził się w Kobielach Wielkich, kilkanaście kilometrów od Radomska, więc Tadeusz Różewicz był krajanem autora Chłopów. Ojciec poety wiele razy czytał tę powieść. - Żebyś to ty napisał taką książkę jak Reymont, taką prawdziwą! - powiedział, oglądając poetycki tomik Czerwona rękawiczka. - Tato, ja nie wysiedzę tyle czasu przy pisaniu - odparł syn.