Była majestatyczną postacią epoki
monarchii. Jedyną kobietą na europejskim tronie, którą można z nią porównać,
była królowa Anglii Elżbieta I. W dziejach Rosji ona i Piotr Wielki górują
swymi talentami i osiągnięciami nad pozostałymi czternastoma carami i
cesarzowymi wypełniającymi trzystuletnią historię dynastii Romanowów - napisał o niej Robert K.
Massie.
29 maja 2013
Sylwetka Katarzyny Wielkiej
22 maja 2013
O czeskich zgredach
Mąż chce zrobić żonie psikusa. W tym celu w Muzeum Figur Woskowych w Londynie chowa się w jednej z sal. Staje przy wejściu zupełnie nieruchomo i zaczyna udawać mordercę-dusiciela, wyciągając przed siebie ręce, tak jakby chciało się kogoś złapać za szyję. Pomyślał, że gdy żona wejdzie, zrobi charakterystyczny dla dusiciela ruch, aż krzyknie z przerażenia, a potem będą mogli sobie o tym opowiadać, śmiejąc się do rozpuku. Żona tymczasem postanawia pójść zupełnie gdzie indziej, a naprzeciwko męża staje staruszka i przygląda mu się przez długi czas. A jeśli ma ona jakieś kłopoty z sercem? Z niepokojem zastanawia się w duchu. Postanawia się nie ruszać. Pot spływa mu twarzy, ręce trzymane nieruchomo w powietrzu zaczynają boleć, w ogóle całe ciało zaczyna mu dokuczać... Kogo wystraszył Michalek? Samego siebie, stary! Więc niech lepiej w te pędy przywrócą do krzyżówek Arystotelesa i Wilde'a, i Stanisława Jerzego Leca!...
Tego rodzaju historyjki z życia wzięte opowiadają sobie, przekrzykując się nawzajem, stali bywalcy knajpy o nazwie "Cisza". Humor sytuacyjny, jak przyznacie, w mistrzowskim stylu. A dalej jest równie ciekawie i zabawnie, ale bywa też cierpko i refleksyjnie. Ponadto pierwsze zdania powieści to absolutny majstersztyk; kto ciekaw, niech sięgnie po książkę. Co tu dużo pisać. Sprytni i za pomocą szyderstwa broniący się przed światem bohaterowie, dużo ironii, ale i w równej mierze sentymentu, anegdotyczny nurt opowieści, wciągająca i niepozbawiona liryzmu fabuła - to przepis na udaną powieść utrzymaną w hrabalowskim klimacie. Nad całością unosi się oczywiście duch knajpianej gawędy. Uwielbiany przez Czechów, a przez Polaków dopiero odkrywany, Petr Šabach jawi się jako pisarz mający słuch wyraźnie wyczulony na zabawną stronę życia, z którym możemy się mocować na rożne sposoby i nawet zwyciężać co jakiś czas w tym pojedynku. Jedynie ze śmiercią nie możemy wygrać. Na to nie możemy nic poradzić - zdaje się przekonywać pisarz.
Akcja rozpoczyna się w chwili, którą każdy z nas doskonale pamięta, bo w dniu, w którym wszystkie telewizje świata przez cały czas pokazywały niewiarygodny atak terrorystyczny na World Trade Center. Wydarzenie to potęguje upodobanie jednego z bohaterów (mających koło sześćdziesiątki) do snucia teorii spiskowych. Skłonność ta, ku przerażeniu jego przyjaciela, będzie nabierać cech obsesji, niemalże manii prześladowczej, która każe w zawiniętym kłębku człowieka widzieć podejrzanie wyglądającą torbę z ładunkiem wybuchowym w środku. Mimo to, po wielu perypetiach, które przytrafią się zarówno jemu, jak i jego kumplowi od 11 września 2001 roku, zdecyduje się wyruszyć w podróż do Ameryki. Na wątku opowiadającym o próbie realizacji tego planu zdecydował się pisarz zakończyć utwór. Czy Evzen będzie na tyle odważny, by wsiąść do samolotu, który przecież, idąc tokiem jego rozumowania, może zostać porwany? Tego się nie dowiemy. To już moje dywagacje. Dalszy ciąg historii dwójki zgredów można sobie samemu wyobrazić i ją spuentować, do czego zachęca pisarz adnotacją: Dopisać jakiś ładny koniec! Może i tak uczynię, a Was zachęcam do sięgnięcia po powieść, choćby po to, poprawić sobie nastrój i uświadomić sobie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Tego rodzaju historyjki z życia wzięte opowiadają sobie, przekrzykując się nawzajem, stali bywalcy knajpy o nazwie "Cisza". Humor sytuacyjny, jak przyznacie, w mistrzowskim stylu. A dalej jest równie ciekawie i zabawnie, ale bywa też cierpko i refleksyjnie. Ponadto pierwsze zdania powieści to absolutny majstersztyk; kto ciekaw, niech sięgnie po książkę. Co tu dużo pisać. Sprytni i za pomocą szyderstwa broniący się przed światem bohaterowie, dużo ironii, ale i w równej mierze sentymentu, anegdotyczny nurt opowieści, wciągająca i niepozbawiona liryzmu fabuła - to przepis na udaną powieść utrzymaną w hrabalowskim klimacie. Nad całością unosi się oczywiście duch knajpianej gawędy. Uwielbiany przez Czechów, a przez Polaków dopiero odkrywany, Petr Šabach jawi się jako pisarz mający słuch wyraźnie wyczulony na zabawną stronę życia, z którym możemy się mocować na rożne sposoby i nawet zwyciężać co jakiś czas w tym pojedynku. Jedynie ze śmiercią nie możemy wygrać. Na to nie możemy nic poradzić - zdaje się przekonywać pisarz.
Akcja rozpoczyna się w chwili, którą każdy z nas doskonale pamięta, bo w dniu, w którym wszystkie telewizje świata przez cały czas pokazywały niewiarygodny atak terrorystyczny na World Trade Center. Wydarzenie to potęguje upodobanie jednego z bohaterów (mających koło sześćdziesiątki) do snucia teorii spiskowych. Skłonność ta, ku przerażeniu jego przyjaciela, będzie nabierać cech obsesji, niemalże manii prześladowczej, która każe w zawiniętym kłębku człowieka widzieć podejrzanie wyglądającą torbę z ładunkiem wybuchowym w środku. Mimo to, po wielu perypetiach, które przytrafią się zarówno jemu, jak i jego kumplowi od 11 września 2001 roku, zdecyduje się wyruszyć w podróż do Ameryki. Na wątku opowiadającym o próbie realizacji tego planu zdecydował się pisarz zakończyć utwór. Czy Evzen będzie na tyle odważny, by wsiąść do samolotu, który przecież, idąc tokiem jego rozumowania, może zostać porwany? Tego się nie dowiemy. To już moje dywagacje. Dalszy ciąg historii dwójki zgredów można sobie samemu wyobrazić i ją spuentować, do czego zachęca pisarz adnotacją: Dopisać jakiś ładny koniec! Może i tak uczynię, a Was zachęcam do sięgnięcia po powieść, choćby po to, poprawić sobie nastrój i uświadomić sobie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
20 maja 2013
Krakowskie święto literatury w Muzeum Armii Krajowej
Sami widzicie, wśród tylu osobistości krakowskiego i ogólnopolskiego życia kulturalnego, akademickiego i politycznego, można było poczuć się trochę onieśmielonym, dlatego niektórzy zwykli czytelnicy i szarzy obywatele nie zostawali do końca i dyskretnie opuszczali salę. :)
Wprawdzie nie udało się zdobyć autografu, ale można było poczuć prawdziwą atmosferę święta literatury polskiej, a to pozostanie mi na długo w pamięci. Jedno z najlepszych spotkań autorskich, w jakich miałam okazję uczestniczyć w roli czytelnika.
Relację ze spotkania dedykuję autorce bloga "Dom z papieru".
Przepraszam za kiepską jakość zdjęć...
17 maja 2013
O Emilu Zegadłowiczu i Muzeum w Gorzeniu Górnym, a także innych zabytkowych obiektach Małopolski
Zegadłowicz oblężenie przetrwał w swoim dworku. Beskidzki samotnik,
uduchowiony poeta i były patron ulicy skrupulatnie porządkował sześćset
osiemdziesiąt jeden recenzji, pięć tysięcy osiemset siedemdziesiąt dwa wyzwiska,
dwieście pięćdziesiąt sześć kazań, dwieście trzydzieści dwie karykatury,
szesnaście uchwał miejskich, dwie stustronicowe interpelacje sejmowe i cztery
wyroki konfiskaty. Cieszył się z gorączki („powyżej 40 stopni!”), jaką "Zmory" wywoływały
u czytelników, wzruszały go listy z poparciem od zwykłych ludzi i uznanie
Tuwima oraz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Z bławatkiem w butonierce przechadzał
się po ogrodzie. Zapraszał gości (był wspaniałym gospodarzem), m.in. Władysława
Broniewskiego, Stefana Jaracza, Juliana Tuwima, Zbigniewa Pronaszkę, Jerzego i Witolda
Hulewiczów. Gorzeński dworek pełnił już wtedy funkcję jednego z trzech
najważniejszych centrów literackich tamtego okresu. Tutaj też wreszcie stworzył
kolejną straszną i nieobyczajną powieść, w której – jak ironicznie zapowiadał przyjaciołom
– nie omieszka szkalować świętości. Nigdzie nie pisało mu się tak dobrze jak w Gorzeniu.
(Katarzyna Kobylarczyk, Wejdź na szlak!, Małopolski Instytut Kultury, Kraków 2013, s. 104-105)
Z okazji Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego ukazała się ciekawa publikacja, której fragment wyżej zacytowałam. Książka Katarzyny Kobylarczyk jest dostępna w formie PDF-a. TUTAJ. Zachęcam do lektury, zwłaszcza rozdziału przedstawiającego sylwetkę Emila Zegadłowicza.
W ramach Dni będzie można zwiedzić wiele zabytkowych obiektów. O tym, co przechowuje Muzeum i jakie były jego losy, można przeczytać na tej oraz tej stronie.
We wzmiankowanej publikacji znajdziecie też wiele ciekawostek o zabytkach Krakowa, np. o kawiarni Noworolskiego:
Dopiero w lipcu 1912 roku lokal w Sukiennicach jest gotów na przyjęcie
gości. Szybko zyskuje stałych klientów. Na herbatkę z kieliszkiem soku wpadają
profesorowie z uniwersytetu. Murzynka, czyli kawę z bitą śmietaną, popija
generał Haller, a kapucyna, czyli cappuccino, zamawia Ignacy Daszyński. W siwej
od dymu Palarni nalewkami Noworolskiego raczą się Tetmajer, Fałat, Piłsudski i Rydz-Śmigły.
W buduarze dla pań Jacek Malczewski stawia lody córeczkom swojej muzy – pani
Balowej. Ponoć gdzieś w kącie, na kapitalistycznych pluszach, zaszywa się nawet
Lenin. Przynajmniej dopóki kelnerzy nie wypatrzą go i nie wyproszą – jest
biedny i nie pasuje do poziomu lokalu. „Noworol” to w końcu eleganckie miejsce.
Jedyne, czego mu brakuje, to toalety, lecz Jan Noworolski jest świadom tego
mankamentu. Podpisuje z miastem specjalną umowę. Jego goście mogą bez przeszkód
korzystać z szaletu w Sukiennicach.
11 maja 2013
Serial o Annie German: sprostowanie:)
Już jakiś czas temu miałam napisać o serialu opowiadającym o życiu Anny German i dziś tę zaległość nadrabiam. Jednocześnie pragnę uspokoić, że mój blog nie traci charakteru książkowego, jednakże, jak wiecie, nie samymi książkami człowiek żyje. Serial mocno mnie zirytował w dowolnym potraktowaniu jej biografii. Szczególnie jedna nieścisłość warta jest odnotowania i sprostowania. Przede wszystkim proszę pamiętać, że Anna German zaczynała swoją piosenkarską karierę w Rzeszowie!!!:) Nie we Wrocławiu!
Z Rzeszowem była związana w latach 1961−1963.
Anna German sama wspominała, że w Rzeszowie spędziła
przepiękne lata. To tam poznała Katarzynę Gaertner, tam po raz pierwszy
zaśpiewała Tańczące Eurydyki.
Swoje szlify piosenkarskie zdobywała na scenie Estrady Rzeszowskiej, nie Wrocławskiej! Dyrektorem tej estrady był Julian Krzywka, który został w serialu karykaturalnie przedstawiony, jak zwraca uwagę biografka Anny German, Mariola Pryzwan. Zatem krzywdząco został potraktowany człowiek, któremu Anna German dużo zawdzięczała.
Zachowało się piękne zdjęcie przedstawiające Annę German opalającą się nad Wisłokiem. Można je zobaczyć na stronie lokalnych "Nowin". TUTAJ. Pod wskazanym linkiem znajdziecie więcej szczegółów na temat rzeszowskiego etapu artystycznej kariery Anny German. Warto zaznaczyć, że w Rzeszowie mieszkała w bloku przy ulicy Hetmańskiej 33. Obiecuję sobie, że w trakcie ponownych odwiedzin Rzeszowa zrobię zdjęcia miejsc, z którym związana była wspaniała polska piosenkarka.
Na jeszcze jedną nieścisłość zwraca uwagę Mariola Pryzwan. Chodzi o mieszkanie, które ministerstwo kultury rzekomo zaoferowało Annie German. - Tak się nigdy nie stało. Przez długie lata mieszkała w kwaterunkowym budynku we Wrocławiu razem ze swoją matką i babcią. Przyjęła kontrakt na wyjazd do Włoch właśnie dlatego, żeby zdobyć pieniądze na mieszkanie dla babci i matki, bo chciała, żeby babcia pod koniec życia jeszcze przeżyła choć krótki czas w mieszkaniu godnym człowieka XX wieku, mając swój pokój i łazienkę w mieszkaniu - mówiła w radiowej Jedynce biografka Anny German.
Źródło informacji: TUTAJ.
Tęsknię
za domem, za Polską w sposób niewiarygodny. Obawiam się, że wręcz chorobliwy,
bo nie do wytrzymania! Nie cieszy mnie żadne tam niebo, upał i inne uroki Południa
[Włoch ]. O wiele szczęśliwsza byłam w Rzeszowskiem, w Bieszczadach, gdzie
trzeba było saniami do sali (zimnej) dojeżdżać...
Anna
German (z książki Marioli Pryzwan Anna
German o sobie)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





