6 lipca 2013

Koń polski


Był koń Bojek, na którym pułkownik Zygmunt Piasecki, dowódca pułku w latach 1920-1929, brał udział w szarżach pod Zaborowem i Hujcznami, a także pod wsią Kronie; był koń Moskal wzięty do niewoli pod Hajnówką, stąd jego nazwa; była szlachetnej krwi klacz Krysia; była uczestniczka walk na Kresach w latach 1918-1920 klacz Zula - później utalentowana sportsmenka; była klacz Gitara, która gdy usłyszała słowa: „Gitara, dzień dobry!” - podnosiła przednią nogę do góry; była czystej krwi arabka Fatima. I był też Halim, którego wyczyny stały się tematem wielu opowieści, by z czasem przejść do legendy pułkowej.

(Piotr Jaźwiński, Oficerowie i konie, Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2013, s. 147)




Dragonia, husaria, rajtaria, kirasjerzy i ułani to najważniejsze rodzaje kawalerii, która jako jeden z zasadniczych rodzajów wojska przetrwała do początku II wojny światowej. Do ostatniej szarży w historii kawalerii polskiej doszło w Mirosławcu w 1945 roku, a wykonali ją ułani z 11. Warszawskiej Brygady Kawalerii. Ułani to lekka kawaleria, uzbrojona w lance, szable, pistolety, a później też w karabinki. W Polsce powstała w XVIII wieku, a w następnych stuleciach była formowana w innych armiach właśnie na wzór polskiej. Wokół polskiej konnicy narosło mnóstwo mitów. Większość z nich odnosi się do żołnierzy i zwycięskich bitew, które stoczyli. Na przykład legendą otoczona jest szarża polskich szwoleżerów pod Somosierrą, nie wspominając już o zwycięskim boju polskiej kawalerii z oddziałami 1. Armii Konnej S. Budionnego w 1920 roku. Jednak o najważniejszych „wojownikach”, czyli o koniach, niewielu z nas mogłoby opowiedzieć coś więcej. Jak były szkolone, jak ułani musieli dbać o zwierzęta, aby te jak najlepiej radziły sobie w bojowym rynsztunku, jakie psoty płatały jeźdźcom? Odpowiedzi na te pytania znaleźć można we wspaniałej książce Piotra Jaźwińskiego Oficerowie i konie. Przyjaźń na śmierć i życie.



Niezmiernie pasjonująca to lektura. Autor nie opisuje historii całej polskiej konnicy, skupia się jedynie na koniach należących do korpusu oficerskiego kawalerii w II Rzeczypospolitej. Z zebranych przez niego materiałów na ten temat wyłania się fascynujący i wzbudzający u czytelnika wiele pozytywnych emocji obraz koni jako wiernych towarzyszy żołnierskiego losu. A Polak ze swym temperamentem porywczym i zapalnym, gwałtownością charakteru, fantazją i polotem, a szlachetną skłonnością do czynów ryzykownych - zawadiackich to przecież urodzony jeździec, jak przekonuje autor już we wstępie, przytaczając słowa między innymi majora Zaręby. Niezależnie od najważniejszego celu, jaki sobie postawił Piotr Jaźwiński, powstała książka nie tylko o najwierniejszym przyjacielu polskiego kawalerzysty, ale nawet rozprawka na temat naszego charakteru narodowego. Nie mogło być inaczej. Koń jest mono wpisany w polską tradycję, nie tylko wojskową. Dzięki publikacji można lepiej zrozumieć ogromne przywiązanie Polaków do tych wymiarów historii, w której złotymi zgłoskami zapisali się ułani i ich konie, o czym świadczą niezwykła do dziś żywotność legend związanych z rodzimą kawalerią oraz liczne wspomnienia, jakie pozostawili po sobie kawalerzyści. Ponadto można śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z książką o wielu humanistycznych walorach, gdyż w końskich charakterach jest co najmniej taka gama rozmaitości, jak w ludzkich, jak napisał po latach Antoni Kamiński, opisując swoją służbę jako kawalerzysty. Konie bywają bowiem krnąbrne, zimne, wyrachowane, szlachetne, psotliwe, anielskie, arystokratycznie dumne, zarozumiałe, prostoduszne itd. Itd. Zupełnie jak człowiek. Nic dziwnego, że relacje między końmi a jeźdźcami przybierały rozmaite barwy. Nierzadko doprowadzali siebie nawzajem do szewskiej pasji, ale częściej, mimo wszystko, byli wobec siebie niezwykle lojalni i ofiarni. W książce znajdziemy wiele wspaniałych i zabawnych opowieści o tych relacjach.


 
Kazimierz Sosnkowski w 1916 r. W latach  1914–1917 służył w Legionach Polskich. Źródło: Polona.pl


Autorzy wspomnień przytaczanych przez Jaźwińskiego nie tylko opowiadają o dozgonnej przyjaźni z Ordynatem, Brygadą, Farysem, Krechowiakiem, Gromem i wieloma innymi końmi, ale także zdradzają tajniki kawaleryjskiego rzemiosła. Publikacja, będąca zbiorem historyjek spisanych przez ułanów, ma nie tylko charakter sentymentalny, ale też wartość poznawczą, gdyż osoby mające szczątkową wiedzę o zwyczajach tych zwierząt i ich tajemnicach będą na pewno usatysfakcjonowane, a może nawet zachwycone do tego stopnia, iż zaczną się bardziej nimi interesować. Oficerowie i konie to swoisty hołd złożony bohaterom dziecięcych marzeń i snów oraz wielu porzekadeł, które na stałe wrosły w język polski. Konie są bowiem nierozerwalną częścią polskiej historii i wypada znać ich dzieje. Gawędziarki styl, przeplatany fragmentami kawaleryjskich opowieści pełnych anegdot sprawia, że obcowanie z tą książką jest olbrzymią przyjemnością, przywołującą ducha przygody. Kawalerzyści II Rzeczypospolitej jawią się zaś nam jako prawdziwi zaklinacze koni.






Recenzja opublikowana w

 




2 lipca 2013

Wygrana w konkursie!:)


Wracając bardzo zmęczona z pracy, zajrzałam do skrzynki. Gdy tylko ujrzałam przesyłkę, od razu odzyskałam energię i się uśmiechnęłam. Cieszę się ogromnie z tej wygranej w niezwykłym konkursie, bo zorganizowanym przez znakomitą Autorkę - Panią Magdalenę Jastrzębską. Miałam przyjemność przeczytać jedną z jej wcześniejszych książek i jestem przekonana, że obcowanie z tą publikacją, którą dziś otrzymałam wraz z piękną dedykacją, będzie równie dużym przeżyciem lekturowym. Swoimi wrażeniami i refleksjami nie omieszkam się podzielić na blogu.
Pani Magdaleno, ślicznie dziękuję!!!


Powiększyła się moja kolekcja autografów! Tę dedykację szczególnie sobie cenię.


28 czerwca 2013

Rewelacja! Skarby polskiej kultury w Internecie!


Od ubiegłego tygodnia za pośrednictwem portalu Polona.pl można bezpłatnie zajrzeć do zbiorów Biblioteki Narodowej!!! Jakież tam skarby kulturalnego dziedzictwa Polski! Na dodatek można czytać, ściągać, kopiować, robić notatki, drukować, a po zarejestrowaniu się i zalogowaniu tworzyć swoją biblioteczkę – słowem, można robić wszystko, czego tylko zapragnie dusza bibliofila! Portal udostępnia książki, rękopisy, czasopisma, druki ulotne, ryciny, rysunki, fotografie, pocztówki, obrazy, nuty oraz mapy. To dziedzictwo możemy pooglądać i poczytać bez wychodzenia z domu! Do końca roku zbiór BN dostępny przez portal ma liczyć 300 tys. egzemplarzy. Znalazłam np. zebrane myśli Elizy Orzeszkowej. Można do woli poznawać dobra narodowe!


17 czerwca 2013

Wspomnienia litewskiego urzędnika państwowego

Po pierwszej wojnie światowej zaistniały warunki do powstania niepodległej Litwy, niedługo cieszyliśmy się nią - zaledwie 22 lata. Potem druga wojna światowa, Hitler, Stalin, a co jeszcze będzie? Dzisiaj, kiedy po tylu latach piszę te wspomnienia, widzę, co się dzieje w mojej ukochanej Litwie i na świecie. Teraz jestem tylko starym człowiekiem bez ojczyzny, obserwatorem zdarzeń, kontynuuję podróż włóczęgi, którą rozpocząłem w Sereikach w lipcu 1944 roku.

Józef Markuza, Biruta Markuza, Skąd Litwini wracali, Iskry, Warszawa 2013.



Sereikiai to litewska wieś leżąca 20 km na północny wschód od powiatowego miasta Szawli. W książce możemy zobaczyć zdjęcie przedstawiające jej bohaterów świętujących w 1944 roku ostatnią Wielkanoc w Sereikach. To z tego miejsca wyruszą w dalszą włóczęgę, czyli ucieczkę przez Armią Czerwoną, w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Znajdą je w Polsce.



Wspomnienia spisane przez zmarłego w 1994 roku urzędnika litewskiego Józefa Markuzego, uzupełnione historyjkami jego córki Birkuty, to niezwykle cenny dokument. Opowiada o litewskim inteligencie i trudnych doświadczeniach na tle historii jego kraju pochodzenia. Poznajemy go od lat jego wczesnej młodości spędzonej w dalekiej litewskiej wsi (rzeka Szeszupa dzieliła Rosję od Niemiec). Szkołę podstawową litewsko-rosyjską ukończył tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, kiedy to jego ojcowizna znalazła się pod okupacją niemiecką. Jarzmo tej okupacji nie było dla niego tak bardzo uciążliwe, jak podczas drugiej wojny światowej, co opisze w dalszej części książki.



Później śledzimy jego losy już po odzyskaniu przez Litwę niepodległości w 1918 roku. Nowe państwo potrzebowało ludzi wykształconych i różnych specjalistów, więc młody Józef Birkuta wyjeżdża do Kowna na jeden z organizowanych tam kursów. Obserwujemy, jak dojrzewa intelektualnie i politycznie, jak zdobywa zawód i pracę, jak pokonuje różne przeszkody, jak się bawi, zakochuje i zakłada rodzinę. Przenosząc się wraz z nim do Kowna (niebawem do portowego miasta Kłajpedy, a przed wybuchem drugiej wojny światowej znów wracamy do Kowna), poznajemy warunki życia w nim panujące po 1918, kiedy było ono małym, biednym miastem, liczącym około dwudziestu tysięcy mieszkańców. Od 1920 roku Kowno było tymczasową stolicą Litwy po zajęciu przez Polskę Wilna. Natomiast Wilno i ziemie wileńskie, jak zanotował, w tych latach były ziemią niczyją. Najpierw pod władzą bolszewików, później na krótko Litwinów, wreszcie, po złamaniu umowy dwustronnej, w 1920 roku generał Żeligowski przyłączył je do Polski.



Widzimy polską politykę (pokrętną, jak określił Józef Markuza) wobec odrodzonej Litwy oczami młodego litewskiego mężczyzny, dla którego Polacy byli jednym z agresorów, obok rosyjskich bolszewików, wojsk Bermonta i Kołczaka. Dowiadujemy się, jak udaje mu się przeżyć drugą wojnę światową, jak traci żonę, która pozostawia mu pod opieką czteroletnią córeczkę, oraz pracę, a także jak po raz drugi wyzwoliła go Armia Czerwona i jak wyglądała, używając jego słów, „opieka chłopców Stalina”. Po zakończeniu wojny Józef Birkuta, gdyż znalazł się wraz z rodziną blisko Odry, nie mając żadnych wiadomości o Litwie, decyduje się przejechać granicę i poszukać możliwości rozpoczęcia nowego życia w Polsce. Dotrą do Henrykowa w powiecie człuchowskim, ale roczny pobyt w tamtejszym gospodarstwie zarządzanym przez Polaka, jak się okaże później, złodzieja, nie będzie dla nich szczęśliwy. Powojenne losy Litwinów, którzy na swoją drugą ojczyznę wybrali Polskę, są równie pasjonująco opisane oraz nie mniej interesujące i dramatyczne. Jak wspomina Józef Birkuta, na polskie Eldorado, jak nazywano Ziemie Odzyskane, płynęły gromady ludzi ze Wschodu. Bohaterowie, nie znając języka polskiego, muszą pokonać wiele przeciwności, by zaadaptować się w obcym kraju.



Na wielką historię  patrzymy także oczami dziecka, gdyż wspomnienia swoje spisała również córka Birkuta, którą po śmierci matki zaopiekowała się jej siostra wraz z mężem. Jej zapiski, mimo ciężkich czasów, w jakich przyszło jej dorastać, nie są tak dramatyczne w swej wymowie, jak wspomnienia jej ojca, co z pewnością zawdzięcza dobremu losowi, który ją oszczędzał, a także rodzinie, która się nią ofiarnie i z prawdziwą miłością zaopiekowała. Birkuta zapamiętała wiele przygód: grzybobranie,  bal, jaki odbył się w domu jej wujostwa w zimie 1942 roku, a także litewską kuchnię i wakacje w Połądze u babci. Oczywiście przeżywała i opowiedziała również ciężkie chwile, ale nie mają one takiego silnego oddźwięku, jak opisy dobrych chwil. Niezmiernie ciekawa jest jej opowieść o powrocie do Litwy w 1956 roku, po szesnastu latach od jej opuszczenia wraz z ojcem.





Skąd Litwini wracali to książka wyjątkowa. Dzięki niej możemy poznać historię jednego z sąsiadów Polski przez pryzmat jednostkowych losów, dzięki czemu dzieje Litwy, jej dzisiejsze położenie oraz stosunki polsko-litewskie będą dla nas bardziej zrozumiałe. Cenne jest to świadectwo także dlatego, że uświadamia z całą mocą, iż Litwa była tak samo często uciskana przez okupantów, jak Polska, o czym raczej zapominamy.


Recenzja opublikowana na



 
Kowno 2009. Wszystkie zdjęcia moje.




Ulica Wileńska w Kownie



Główny ołtarz z 1755 roku w kowieńskiej archikatedrze przy ulicy Wileńskiej
Archikatedra tak piękna, że od razu na kolana się upada
Kościół  pod wezw. św. Franciszka Ksawerego (jezuitów) przy Placu Ratuszowym


Ratusz w Kownie

14 czerwca 2013

O mecenasie Janie Lesmanie, satyryku Szer-Szeniu i bajkopisarzu Janie Brzechwie

Postać Jana Brzechwy wzbudzała po 1989 roku dużo emocji, co było związane z pojawiającymi się raz po raz inicjatywami uczynienia pisarza patronem jakiejś szkoły. Przy tych okazjach toczył się w mediach spór o to, czy Brzechwa ze swoim uczestnictwem w stalinowskiej propagandzie zasługuje na tego rodzaju akt pamięci, stawiający go w rzędzie Polaków godnych naśladowania. W jednym z końcowych rozdziałów swojej najnowszej książki Mariusz Urbanek pieczołowicie odtworzył atmosferę, w jakiej próbowano nazwać niektóre szkoły imieniem autora Kaczki dziwaczki. Ale pośmiertny żywot Brzechwy to tylko jeden z tematów pasjonującej książki Urbanka, którego wkład w przybliżanie Polakom biografii znanych pisarzy, artystów i ich związków z polityką jest nie do przecenienia. Urbanek postanowił przypomnieć Polakom sylwetkę kolejnego pisarza z komunistyczną przeszłością, ale jednocześnie uwydatnić mniej znane fakty z niezwykle barwnego, jak się okazuje, życiorysu Brzechwy. Pod kilkoma względami koleje jego losu przypominają niezrozumiałe wybory i postawy Władysława Broniewskiego, ale daleka byłabym od ich porównywania ze sobą, gdyż każdy z nich był silną i niepowtarzalną osobowością twórczą w panteonie polskiej literatury.

Portret Brzechwy został - podobnie jak Broniewskiego - przez Urbanka wykończony miniaturowo, z ogromną doskonałością. I choć pewne wątki można byłoby pewnie bardziej rozwinąć, trzeba pamiętać, że wtedy książka rozrosłaby się do ogromnych rozmiarów. Dziś Jan Brzechwa jest przede wszystkim kojarzony wyłącznie z groteskowo-żartobliwymi utworami dla dzieci czy cyklem opowieści fantastycznych, m.in. Akademią Pana Kleksa. Należę do pokolenia, które wychowywało się na jego wierszach. Bez wątpienia Brzechwa był, obok Juliana Tuwima, prekursorem współczesnej polskiej literatury dla dzieci. Jednak mało kto zna inne role, w jakie się wcielał na swojej drodze życiowej. Publikacja Urbanka może zmienić sposób postrzegania Brzechwy, podobnie jak stało się to już, jak śmiem stwierdzić, w przypadku Władysława Broniewskiego.

W jednej książce zmieściły się trzy wizerunki tego samego człowieka. Poznajemy bowiem prawnika Jana Lesmana, satyryka Szer-Szenia oraz bajkopisarza Jana Brzechwę. To ostatnie wcielenie dobrze pamiętamy, natomiast na temat dwóch pierwszych jego twarzy niewiele osób mogłoby powiedzieć coś więcej niż to, co można przeczytać w każdej encyklopedii. Książka Urbanka daje wspaniałą szansę na spotkanie i dialog z Brzechwą jako z człowiekiem z krwi i kości, marzącym przede wszystkim o tym, aby uwolnić się od cienia sławnego i genialnego kuzyna, Bolesława Leśmiana. Nie opuszczała go myśl, że już na zawsze przypisany mu będzie los literata, którego imię napisane było na wodzie. Na kilka tygodni przed śmiercią napisał do przyjaciela Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego: Z niewielu żądz, które posiadam, tylko żądza sławy jest godna artysty. Inne stanowią kulę u nogi.